ŚD #64 Na noże / Lighthouse

Dwa filmy, dwadzieścia polecanek, dwieście kontekstów i dwa tysiące interpretacji! Zapraszamy na dogłębne dyskusje o najważniejszych premierach listopada.

Spotify!

SoundCloud / MP3 / iTunes / YouTube

Przeczytaj transkrypcję rozmowy o „Lighthouse”. Przewiń na dół lub pobierz plik PDF, MOBI albo EPUB: klik

NA NOŻE: 02:35
Spoilery: 32:50-42:14

LIGHTHOUSE: 49:30
Spoilery: od 01:28:30


Instagram: @halohalobolku
Intro pochodzi stąd: www.freesound.org/people/jobro/sounds/173181/

LIGHTHOUSE: TRANSKRYPCJA

B: Dobra, to, co przechodzimy do filmu pod zaskakującym tytułem „Lighthouse”? 

M: Wspominaliśmy już w naszym poprzednim nagraniu, że odwiedziliśmy latarnię i dwóch latarników tam mieszkających. Ja obiecywałem wtedy, że obejrzę ten film raz jeszcze, ale niestety jeszcze się nie udało, bo w momencie, kiedy nagrywamy ten odcinek nie było jeszcze premiery „Lighthouse”, więc będę opierał się na swoich wrażeniach z American Film Festival, które są takimi wrażeniami mieszanymi. Odbieram ten film pozytywnie, ale mam do niego pewne zastrzeżenia i ty chyba masz podobnie, prawda? 

Nie wiem czy podobne zastrzeżenia, ale również nie wystawię temu filmowi 8, 9, czy 10 bez żadnych zastrzeżeń. Myślę, że 9 i 10 nawet z zastrzeżeniami nie, bo wtedy mijałoby się z to celem, ale tak no szczerze mówiąc troszkę dałem się tutaj ponieść pociągowi z hype-m i liczyłem, że „Lighthouse”, czy też „Latarnia morska” po prostu przewróci się na mnie, wgniecie mnie w ziemię i nie wygrzebię się z kina. Tym czasem nie ukrywam, że wyszedłem z pewnym niedosytem, ale jednak z wystarczającą dozą satysfakcji. 

No jest to niewątpliwie bardzo interesujący film tak pod względem formalnym, jak i narracyjnym, więc nie wiem, od czego chcemy zacząć, ale może od tej formy, która jakoś tam mocno w oczy się rzuca na pierwszy rzut oka. 

Albo przypomnijmy, kim jest Robert Eggers może szybciutko zgodnie z naszym zwyczajem rozmawiania też o reżyserach 

Nie wiem czy to jest jakiś zwyczaj, czasami robimy pewne dygresje też na temat reżysera, ale OK, jeśli chcesz tak bardziej chronologicznie, to Eggers jest jednym z tych przedstawicieli amerykańskiego art horroru, tak? Jak niektórzy piszą, nie wiem czy lubisz to określenie art horror

Rozmawialiśmy o tym przy okazji naszej rozmowy o „Midsommar”, takie określenie jak art horror, czy elevated horror to są terminy, które pojawiają się właśnie przy okazji omawiania twórczości czy Ariego Astera czy Roberta Eggersa. Nie, ja nie lubię tego określenia, ponieważ ja nie lubię jak ktoś mi wmawia, że coś jest sztuką po prostu, ale rzeczywiście jest to o tyle interesujące, że rzeczywiście krytycy, badacze jeszcze nie, zaczęli wyróżniać jakieś tam zjawisko wśród horrorów, gdzie faktycznie ten autorski sznyt jest bardzo wyraźny. I tu mamy o tyle podobną sytuację, co w przypadku Ariego Astera, że mamy pierwszy film, w przypadku Eggersa to „Czarownica”, czyli film „VVitch”, bo nie wiem, czy pamiętasz, że zamiast W tam były dwa V w tytule tego filmu, w każdym bądź razie na karcie tytułowej. Film rzeczywiście, za który Eggers dostał nagrodę za reżyserię i który zrobił tak bardzo, bardzo, bardzo dużo szumu, że no, dlatego właśnie ludzie z taką niecierpliwością czekali na „Latarnię”, ale „Czarownica” to nie jest film, który nam się bardzo podobał, prawda? Już traktuje nas jak jedną osobę trochę.. 

To nie, to należy to rozdzielić znowu na Jekyll’a i Hyde’a. Myślę, że „Czarownica” była udanym filmem, natomiast też nie jestem jakimś wielkim fanem, bo OK, Eggers ,ku mojemu zaskoczeniu, właśnie ma jakichś takich bardzo oddanych fanów i na ten nowy film Eggersa rzeczywiście, jak mi się wydaje czekało więcej osób niż na nowy film chociażby Ariego Astera. Czy chcemy go wpisywać właśnie w tę całą grupę, w którą poza Arim Asterem tworzą też tacy twórcy, jak Jordan Peele chociażby, czy Oz Perkins, czy nie, no to jednak Eggers wydaje mi się najbardziej jednak nie-mainstreamowy w sensie robienia tych swoich opowieści grozy na takiej bardzo mocnej kontrze w stosunku do współczesnego mainstreamowego horroru, no nie wiem sygnowanego chyba najmocniejszym nazwiskiem James’a Wana, tak, który stał się już jakimś takim tuzem gatunku po serii sukcesów takich filmów jak „Obecność”, „Annabelle” i tak dalej, więc wydaje mi się, że warto tutaj o stylu samego Eggersa powiedzieć. Często ci twórcy art horroru sięgają do budowania grozy w poprzednich epokach kina, co wydaje się jakimś takim trochę straceńczym pomysłem z tego względu, że w moim mniemaniu horror jest takim gatunkiem, który dość szybko się starzeje. To znaczy, jeżeli przestaje nas coś przestraszać i szokować, no to zaczyna nas raczej to śmieszyć, zaczyna raczej pokrywać się właśnie jakąś taką patyną kina, które OK, no to wtedy tak ludzie reagowali, nie wiem, bali się tego pociągu wjeżdżającego na stację La Ciotat, potem jakichś wampirów, potem jakichś dziwnych duchów upiorów, bali się potwora Frankensteina przecież to dzisiaj już nikogo nie straszy. 

Te pociągi ciągle bywają przerażające i to nie tylko w opowiadaniach Stefana Grabińskiego, ale też doświadczeniach w PKP, prawda? 

No oczywiście, z tych wszystkich monstrów filmowych to tak, jako najbliższe naszej rzeczywistości być może jakąś taką traumą się odcisnęły na życiu nas wszystkich. Natomiast Eggers konsekwentnie wybiega w przeszłość i to taką daleką przeszłość, dlatego że OK, Ari Aster też, na przykład kręcąc „Midsommar” zauważaliśmy to, że to są jakieś odwołania do filmu „Kult” chociażby, z lat 70. Oz Perkins, syn Anthony’ego bardzo ciekawy twórca, nie wiem, nie rozmawialiśmy chyba dłużej o żadnym z jego filmów, też sięga gdzieś do tych takich protoplastów w zasadzie slasherów z lat 70. Ja bym to tak widział, ale to takich protoplastów, jak „Czarne święta” na przykład, w których to no kwestia budowania atmosfery jest ważniejsza niż latanie z siekierą i eksterminowanie kolejnych ofiar, skądinąd bardzo polecam oba filmy Oz’a Perkins’a ,no chyba tak najmniej znanego z tych wszystkich współczesnych twórców art horroru. Natomiast Eggers jest bardzo konceptualny w tym, co robi, to znaczy na tyle, na ile możemy to stwierdzić po tych dwóch filmach, które zrealizował. W tym filmie ja nie do końca czułem grozę, nie do końca czułem, że to jest film, który za wszelką cenę chce widza przestraszyć. Jest to film, który właśnie łatwiej mi analizować pod względem pewnych użytych motywów, tematów i tego, jak one działają w obrębie tego dzieła niż mówić o tym, że tutaj Eggers robi wycieczkę właśnie w kierunku dawnego kina grozy żeby pokazać, jak dawniej się straszyło i jak to działa. To znaczy w przypadku „Czarownicy” mógłbym powiedzieć coś takiego, bo tam koncepcją Eggers’a było budowanie tego klimatu grozy i w jakiś sposób no takiego narastającego terroru poprzez te właśnie długie ujęcia, długie podprowadzenie tego, co strasznego ma się przydarzyć. Nawet, jeżeli to ostatecznie nie było spełnione w postaci jakiejś takiej wyrazistej, mocnej puenty dla tego budowania atmosfery no to ja szanuję właśnie „czarownicę” za to, że on łączy tę taką klasyczną grozę rodem gdzieś właśnie z baśni braci Grimm, co też jest no chyba jakimś takim dobrym tropem, bo on nawet taką etiudę o Jasiu i Małgosi zrobił, jakieś fragmenty gdzieś można znaleźć na YouTube, więc tam był ten Eggers taki baśniowy, Eggers, który no szukał właśnie w tych starych technikach powolnych budowania klimatu grozy, natomiast w przypadku „Lighthouse” to dla mnie zaskakujące no mamy więcej takich fajerwerków formalnych. Mamy więcej jakichś takich rzeczy z różnych porządków, które no właśnie nie zawsze mi grały podczas seansu no, ale może warto je jakoś poukładać na nowo stąd też ten drugi seans, o który jakoś tam, na który jakoś tam sam czekam. Koncept był taki, żeby w ogóle on zrobił, że w ogóle chciał on zrobić remake „Nosferatu” symfonii grozy, co jest już dla mnie czymś rzeczywiście dziwnym, nie wiem jak ty wspominasz swój seans tego klasycznego filmu Friedricha Wilhelma Murnau’a. Masz jakieś dobre wspomnienia z oglądania Nosferatu? I uważasz…

Ja mam jedno wspomnienie związane z… to znaczy mam oczywiście dużo wspomnień, bo widziałem ten film nieraz, ale jedno takie najbardziej żywe ,niestety dla mojego zdrowia psychicznego żywe, to znaczy mam do dzisiaj gdzieś na półce książeczkę, którą kupili mi rodzice, kiedy byłem mały, a tak naprawdę myślę no, że dali się zwieść temu, że ta książka miała w zabawny sposób przybliżać różne straszydła z popkultury i w ten sposób przygotować mnie do roli kulturoznawcy. No i tam jest zdjęcie Maksa Schrecka z Nosferatu dosłownie jest to kadr z filmu, na którym on wygląda oczywiście głęboko przerażająco i kiedy ogląda się to w wieku 7 lat to później rzeczywiście może on się śnić przez może nawet kolejnych 25 lat, nie wiadomo, nie będę o tym opowiadał, ale w każdym razie takie miałem pierwsze wspomnienie z Nosferatu. Sam film niezwykle lubię, lubię też jego remake i lubię też film o tym, jak Nosferatu powstawał, ale co ciekawe, z tego, co wiem Eggers nie zrezygnował ciągle z tego pomysłu, więc może Nosferatu w jego wersji się pojawi, co nie ukrywam zupełnie mnie nie interesuje, ponieważ dla mnie jakąś tam tą siłą rzeczywiście Eggers’a grzebiącego się już w zastanych tekstach folkowych, bajkowych, mitologicznych jest to, że są to historie, które do tej pory być może nie były w wystarczający sposób przełożone na język filmu. To jest dla mnie największa zaleta „Czarownicy”, że po prostu oglądamy coś, co jest podpisane, jako „bajka z nowej Anglii”, nawet, jeżeli Eggers robi tam bardzo dużo ustępstw na rzecz pewnych europejskich wyobrażeń, a nie kolonijnych wyobrażeń o czarownicach, to jednak bardzo lubię też ten film pod takim kątem antropologicznym. Nie wiem, czy kolejna wersja Nosferatu będzie mnie interesować, ale jak zrobi to obejrzę. 

Tak, to dopowiedzmy kilka kwestii to znaczy „Czarownica” gdzieś stara się wejść w ten świat wierzeń, czy głębokiej religijności purytan prawda? Cofa się kilka wieków w historii Stanów Zjednoczonych no i mamy tę rodzinę osadników, trochę czasu z nią spędzamy, więc zaletą tego filmu wydaje mi się, próba czy udana czy nie no to jest dyskusyjne odzwierciedlenia tego, jaki system wartości w ogóle tamci ludzie prezentowali i to jest taka rzecz, o której twórcy takiego gatunku jak horror często zapominają, często zostawiając sobie tylko jakiś taki właśnie sztafaż prawda tego, że coś efektownie wygląda scenograficznie albo mamy, albo kręcimy kostiumowy horror, ale nie zważamy na to, czy zachowania tych postaci są jakoś tam logicznie uprawomocnione w kontekście środowiska, jakie reprezentują tylko raczej właśnie wszystko sobie tak aktualizujemy pod kątem zachowań typowych postaci z horrorów. Tutaj, tu w przypadku „Czarownicy”…

Tak, tak no ja tutaj chciałem tylko no to skończ, skończ 

Nie no proszę, proszę

Ja chciałem tylko powiedzieć, że dla mnie ogromną wartością „Czarownicy” jest również to, że wydaje mi się realistyczna, na pewno w przekonujący sposób został oddany światopogląd tych postaci, dla których fakt, że diabeł żyje w kozie jest takim samym zagrożeniem, jak nieudane plony na przykład, czyli jest to coś, co całkowicie może się wydarzyć, funkcjonuje to jakby na naszym planie rzeczywistości i traktujemy to jako coś oczywistego. I to jest w „Czarownicy” naprawdę fascynujące po prostu

Tak, nawet, jeżeli to właśnie oglądając ten film może w jakiś sposób być dla nas trochę zabawne, no, bo byłem na takim seansie filmowym, jednym z nielicznych kinowych seansów „Czarownicy”, na którym oczywiście, natomiast…

Tutaj była trochę beka z mewy, więc te zwierzątka u Eggersa niestety muszą się liczyć z taką czasem radykalnie nieprzyjemną reakcją publiczności. Mam nadzieję, że przygotowuje te zwierzątka do czegoś takiego, do radzenia sobie ze sławą. Tego u niego jest bardzo dużo.

No właśnie, bo w „Lighthouse” jest podobnie nie tylko, jeśli chodzi o ten udział zwierząt natomiast, z resztą tresowanych, a nie cyfrowych, to jest godne podkreślenia natomiast znowu ta kwestia takiego specyficznego, izolowanego środowiska ludzi, którzy myślą trochę innymi kategoriami, ale też mówią inaczej no w przypadku „Lighthouse” zaznacza się bardzo mocno, więc ja bardzo szanuję Eggersa za tworzenie tego świata to znaczy myślenie o świecie filmu w kategoriach szerszych niż tylko właśnie danej opowieści i danych środków, które mają pozwolić no tej opowieści w jakiś sposób oddziaływać na emocje widza. Tutaj nie wiem, to znaczy nie śledziłem Eggersa w bibliotekach, ale on się przyznaje w wywiadach, że jest takim maniakiem researchu wręcz, że on bardzo…

Dużo życia spędził właśnie w bibliotekach, zresztą całą rodzinę do tego angażuje. Swoją drogą „Lighthouse” powstało przy współpracy z jego bratem i tak rzeczywiście, tak jak tutaj zwróciłeś uwagę, że na końcu obu filmów mamy przypisy po prostu dla ludzi zainteresowanych, na końcu „Czarownicy”, o ile dobrze pamiętam, czytamy, że fragmenty dialogu są zaczerpnięte z tych opowieści, a na końcu „Lighthouse” są już konkretne nazwiska: Melville’a, Coleridge’a i innych twórców, których kojarzymy z tym, jak mówią marynarze na przykład.

Tak, no i chociażby, jeśli chodzi o te, o to lingwistyczne podejście do tego jak się zachowują postacie „Lighthouse”, no to też jest kwestia, która bardzo mocno Eggersa absorbowała. On właśnie badał różnego rodzaju etnograficzne opracowania dotyczące tej kwestii, bo oczywiście przez popkulturę też mamy w jakiś sposób przetworzony tak zwany marynarski slang, prawda, kojarzymy pewne konkretne zwroty z danymi postaciami, natomiast wydaje mi się, że no w kwestii przygotowań Eggers’a to idzie dużo dalej to znaczy on rzekomo zwraca uwagę nawet na takie kwestie, jakie było backstory postaci, czyli ta ich wcześniejsza biografia zanim zaczęły się rozgrywać wydarzenia filmowe, ale też właśnie pod kątem językowym, tak? I tutaj w filmie „Lighthouse”, gdzie mamy zderzenie tego starego wiarusa, marynarza takiego właśnie granego przez Willema Defoe z tym młodym adeptem granym przez Roberta Pattinsona to ten pierwszy ma taki background solidny marynarski można powiedzieć, tak, bo gdzieś właśnie ta jego służba w latarni morskiej, czy gdzieś na jakichś łajbach trwała dość długo, a Pattinson jest jednak takim świeżakiem pod tym kątem, bo wcześniej przy jakimś wyrębie lasów w Kanadzie pracował jak w pewnym momencie filmu przyznaje, ale w związku z tym też ich język się różni, to, jakimi zwrotami, jakimi frazami się posługują jest tu dość mocno rozgraniczone i to jest bardzo też właśnie ciekawe, jako element no analizy tego, jak Eggers tę swoją opowieść układa. No, ale też o stronie wizualnej coś warto powiedzieć, prawda? 

Tak, warto też pewnie wspomnieć o tym, że Eggers w ogóle zaczyna jak przyznaje się w wywiadach od wymyślenia jakiejś takiej konceptualizacji całej atmosfery filmu i sam śmieje się z tego, że to rzeczywiście może być jakieś takie narzędzie krytyczne od razu skierowane przeciwko niemu, że bardziej niż historia interesuje go atmosfera, no, ale to rzeczywiście bardzo dobrze wydaje mi się wychodzi, bo te historie jednak są przekonujące i ani przez moment, ani przy okazji „Czarownicy, ani przy okazji „Lighthouse” nawet, jeżeli nie są to historie, które mnie gdzieś tam głęboko za mózg, czy za serce łapią, to jednak nie czuję, żeby były one spisywane na kolanach… iluś tam kolanach, nie wiem. W każdym razie no, jeśli chodzi o te kwestie techniczne to to jest sprawa bardzo interesująca, ponieważ ten film funkcjonuje w takim niemal kwadratowym formacie i to jest bardzo ciekawy format, ja o nim troszkę poczytałem. Pewnie się pomylę, ale nie będę starał się iść w jakieś wielkie zawiłości techniczne, bo to jest format 1x19x1. Format z 1926 roku, który w ogóle funkcjonował bardzo krótko, więc mamy tutaj do czynienia nie z jakimś takim prostym cofnięciem się do tego, co w kinie kiedyś było popularne tylko znalezienia jakiegoś formatu, który w ogóle funkcjonował chyba w Hollywood tylko przez jakieś 5 lat i bardzo szybko stracił popularność na rzecz tak zwanego formatu akademii. Eggers mówi, że zdecydował się na ten format między innymi, dlatego, że pionowe rzeczy po prostu wyglądają w tym formacie dużo ciekawiej, są jeszcze bardziej wyciągnięte, a jeżeli mamy film, w którym no bardzo często na pierwszym planie albo gdzieś tam w środku kadru oglądamy po prostu latarnię morską no to nic dziwnego, że po coś takiego możemy sięgnąć. Nie ukrywam, że nie wiedziałem o tym formacie, zanim rozpoczął się film, bo nie oglądałem żadnych zwiastunów, ale bardzo mi ulżyło, kiedy okazało się, że format jest tak wąski, ponieważ obaj siedzieliśmy chyba w trzecim rzędzie na tej ogromnej sali numer 1 Kina Nowe Horyzonty, więc dzięki temu można było mimo bliskości ekranu oglądać to w miarę luksusowo. 

No tak, tak nie musieliśmy tutaj jak na meczu tenisowym od jednego krańca ekranu do drugiego wodzić…

Tak, albo jak na najlepszej scenie „Nieznajomych w pociągu” Hitchcocka . I druga sprawa…

Barry’ego Lyndona” nie polecam oglądać w takich, z trzeciego rzędu. 

Druga sprawa to jest kwestia wykorzystania barw w tym filmie i tu technologia robi się jeszcze bardziej skomplikowana. Film jest oczywiście czarno- biały, ale jest on, no jest nakręcony na taśmie na 35 milimetrach, ale został na niego nałożony filtr. Eggers rozpaczał, że musiał nałożyć cyfrowy filtr, bo niestety nie udało się znaleźć już taśmy oryginalnej, na której można było to nagrać, dzięki któremu uzyskujemy taki efekt, jaki był stosowany na przykład w tych najsłynniejszych filmach Eisensteina typu „Strajk”, czy „Pancernik Potiomkin” na przykład tam pojawiają się takie słowa jak taśma ortochromatyczna i tak dalej, nie bawmy się w to, bo jeszcze bardziej się zaplącze, ale cechą charakterystyczną tego sposobu kręcenia jest to, że chociażby twarze robią się ciemniejsze niż w rzeczywistości i pewne kolory są trochę inaczej przetwarzane na tę czerń i biel niż nawet w tych trochę popularniejszych filmach. Przez filmy rozumiem taśmę filmową no i rzeczywiście wydaje mi się, że w tym filmie jest to w jakiś sposób oddane na ciemniejszych troszkę twarzach jak wiadomo widać więcej szczegółów, a w tym filmie ogromną rolę odgrywają chyba dwie najciekawsze współczesne twarze w kinie, czyli twarz Pattinsona i Dafoe i rzeczywiście dzięki temu możemy się jakimś tam detalom przyjrzeć, także w wywiadach Eggers przekonał mnie, że te jego wymysły technologiczne to nie są tylko, no właśnie, wymysły, żeby ludzie mieli, o czym gadać w podcastach, tylko faktycznie stoi za tym jakaś szersza idea taka estetyczno – atmosferyczna, że tak powiem, więc no super, bardzo fajnie 

No tutaj kilka rodzajów obiektywów też wchodziło w grę, prawda? Takie z lat 20 i z lat, 30 więc gdzieś właśnie bliskie znowu temu konceptowi, o którym Eggers no mówił wszem i wobec właśnie w remake’u Nosferatu. Zakładam, że to z tamtego projektu w jakiś sposób tutaj zostało przeniesione, no, ale to jest, warto podkreślić, to, o czym wspomniałeś, że on nie jest właśnie takim ślepym niewolnikiem jakiegoś wcześniej założonego konceptu. To znaczy, jeżeli widzi, że zdobyczą współczesnej techniki pozwalają coś wygładzić czy coś zmienić na takiej zasadzie żeby to lepiej wyglądało no to to, że on się na początku gdzieś tam upierał przy tych właśnie soczewkach z końca lat 20 no jednak nie bierze góry nad tym, co ostatecznie na ekranie widzimy. Wydaje mi się, że ten format, o którym wspomniałeś on oczywiście służy eksponowaniu potęgi tej latarni morskiej, ta, która jest no jakby kolejnym, trzecim bohaterem tego filmu no, ale też wprowadza pewną…

Ciasno jest, po prostu 

…klaustrofobiczność, tak, no właśnie o to chodzi żeby jeszcze bardziej gdzieś tam uwięzić tych bohaterów, którzy siedzą ostatecznie w tej latarni dłużej niż zakładali i są skazani tutaj na siebie i są skazani też na obcowanie z bardzo nieprzyjaznym środowiskiem i od samego początku takie właśnie podkreślanie tego, że to środowisko jest nieprzyjazne, jesteśmy z bohaterem Pattinson’a wrzuceni bardzo fajnymi takimi środkami, które nie są rodem z horroru, ale które skłaniają nas do jakichś takich właśnie reakcji bliskich temu, jak horrory śledzimy to znaczy mam na myśli to, że właśnie eksponowanie tego, że gdzieś właśnie ten świeżo przybyły do latarni bohater no musi w tym brudzie, w ciężkim znoju wśród jakichś bardzo nieprzyjaznych także zapachów, tak, oczywiście tego nie czujemy z za ekranu, ale jest to na tyle intensywne. Tak, jest to nam podawane na tyle jakoś mocno, że działa, to znaczy na mnie to działało no nie wiem na ile ty wszedłeś w skórę Roberta Pattinson’a, bo potem trochę tak z tego zostałem jakby trochę wyrzucany, ale na początku to mamy no taki zabieg, który chyba jest dosyć klasycznym dla reguł opowiadania hollywoodzkiego z jednej strony to znaczy nowego bohatera w nowym środowisku, tak, którego oczami w zasadzie to środowisko jakoś tam poznajemy, ale ta zdolność Eggers’a do skupienia się właśnie na takich szczegółach bardzo też często nieprzyjemnym dla głównego bohatera jakby od początku ustanawiała nam ten temat, że no ktoś, komu mogło się marzyć życie w jakiejś takiej odosobnionej latarni morskiej no chyba takie marzenie jest skłonny po obejrzeniu tego filmu dość szybko porzucić, bo to nie tylko gdzieś tam wpatrywanie się z czubatej latarni w siną, morską dal, ale też kwestia czyszczenia zbiornika na wodę, czy użerania się z mewami, czy nie wiem jedzenia jakiegoś okropnego żarcia, które gdzieś tam jest przechowywane miesiącami w jakichś mało sterylnych warunkach. 

Tak, a w końcu nawet picia nafty, kiedy nie ma już żadnego innego alkoholu 

No, więc znowu pod względem jakimś takim antropologicznym to jest bardzo ciekawa wycieczka w przeszłość.

Tak, to zanim może rzeczywiście przejdziemy już do przyjrzenia się temu, kim są te postacie, bo oczywiście o każdym z nich dowiadujemy się zaskakujących rzeczy, które trochę inaczej ich ustawiają i przejdziemy do tego, jak „Latarnia” się kończy, bo kończy się w taki bardzo efektowny i głośny sposób, to może ja chciałbym tak krótko przypomnieć jak rozmawialiśmy sobie o „Midsommar” to ty wspominałeś właśnie w żartach, że jest taki słynny argument przeciwko horrorowi: w ogóle się nie bałem. No i tutaj powiedzmy otwarcie, że „Latarnia”, czy też „Lighthouse”, nie mogę się przyzwyczaić do tego, że ten tytuł nie został przetłumaczony na nasz piękny, rodzimy język, zwłaszcza, że cały film został bardzo pociągająco przetłumaczony, więc wielka szkoda. Powiedzmy, że no to nie jest film, którego można się bać i tutaj warto też i nie jest to oczywiście w żaden sposób zarzut, zwłaszcza, że uzupełnimy go sobie o taką bardzo ciekawą listę, którą Robert Eggers przedstawił chyba dla portalu Bloody Disgusting, ale nie pamiętam. Mianowicie tam poproszono go o wymienienie, o podanie swojego ulubionego horroru, na co Eggers jak prawdziwy kinofil odpowiedział, że może wymienić 26 ulubionych horrorów i wśród nich są takie filmy, co ciekawe jak: „Pianistka” Hanekego albo „Szepty i krzyki” Bergman’a. Wiadomo, że dla wielu ludzi wszystkie filmy Bergmana to są horrory i nie da się ich oglądać, ale rzeczywiście jest to o tyle interesujące, bo od razu pokazuje, że dla Eggersa horror to nie jest tylko coś, co składa się ze strasznych potworów wyskakujących na ciebie z ekranu tylko rzeczywiście dochodzi do tego też ten horror ludzkiej psyche i tego, co się tam wydarza. Swoją drogą, jeśli chodzi o Bergmana to może nie tylko Szepty i krzyki powinny się tutaj znaleźć, ale też taki film jak „Jak w zwierciadle”, bo jeśli pamiętasz no jest to jeden z filmów, które dzieją się na tej słynnej, bergmanowej wyspie Farö i opowiada właśnie o pewnym odchodzeniu od zmysłów i chorobie psychicznej towarzyszącej izolacji, więc to…

Najbardziej przerażającym dla mnie filmem Bergmana była „Godzina wilka” pod tym względem, pełna jakichś takich fantasmagorycznych obrazów no znowu film o szaleństwie, serdecznie polecam z tej strony, ale tak, „Szepty i krzyki”, jako horror, nigdy nie myślałem o tym w ten sposób, ale to jest skrajnie nieprzyjemny też film, film o umieraniu

Tak, zdecydowanie skrajnie nieprzyjemny i rzeczywiście wydaje mi się, że ta bardzo ciekawa lista Eggersa na której oczywiście znajdują się też filmy Polańskiego pokazuje, że on trochę inaczej pokazuje to budowanie niepokoju, czy też takiego otwartego strachu momentami i rzeczywiście no w „latarni” bardzo dobrze to widać, ponieważ jest to film w gruncie rzeczy o tym jak mieszka się z drugim człowiekiem gdzieś tam w odosobnieniu, nie dogadujesz się z tym drugim człowiekiem i po prostu odchodzicie od zmysłów jeden szybciej, drugi wolniej, a do tego wszystkiego jest podlane po prostu alko i tyle no, bo w pewnym momencie to się zmienia w taką latarnię złą i tam rzeczywiście bohaterowie zaczynają pić wszystko, co mają pod ręką i nic dziwnego, że zaczynają się przy tym wszystkim jakieś halucynacje, wizje no i w końcu otwarte konfrontacje. Ja jestem uczulony na mówienie o tym, czy horror rzeczywiście składa się z tak zwanych jumpscare’ów, czy nie, ponieważ wiem, że wiele ludzi znanych mnie osobiście wizja tego, że mają iść na horror trochę no właśnie nomen omen przeraża, a myślę, że na „Lighthouse” warto się wybrać po prostu z nastawieniem na to, że będzie to seans ciężki, ale raczej zawału nie dostaniecie, więc to jest ważne, jak nie dostaje się zawału na filmie, po prostu a nie doceniamy trochę takiej kinematografii. 

Tak, ja wciąż jestem zaskoczony jak właśnie mówisz, że to jest ciężki seans. Może ja nie czułem tak mocno jego ciężaru, natomiast jestem zaskoczony też jak właśnie pozytywnie ten film podobnie jak „The Witch” jest odbierany przez i fanów horroru i generalnie kinomanów, jak dla nich właśnie te wszystkie rzeczy, które mogłyby być właśnie wadą dla miłośników horrorów, które przed chwilą wymieniłeś, czyli właśnie oderwanie się od tych scen, które mają w jawny sposób przestraszyć, czy w jawny sposób zaszokować no tutaj jest absolutnie do przyjęcia. Natomiast jeszcze tak trzymając się tego wątku, powiedziałeś, że to taki właśnie „Dom zły” Smarzowskiego no to jednak trzeba zaznaczyć to, że tutaj w miarę postępowania tej opowieści też przenika się świat rzeczywisty właśnie coraz mocniej z tym światem szaleństwa, światem wyobrażeń głównych bohaterów i takie no zupełnie z innego porządku fantastyczne obrazy także tutaj są wkomponowane w ten film. Mieliśmy namiastkę tego gdzieś w „Czarownicy”, że jakieś lęki, obsesje purytan czasami się właśnie materializowały w jakichś takich konkretnych, pojedynczych wizjach, tutaj Eggers idzie jeszcze trochę dalej, ale co ciekawe właśnie to wszystko jest zazębione w obrębie światopoglądu i świadomości tych latarników znowu to znaczy, jeśli mamy do czynienia z takimi no zupełnie odjechanymi obrazami to one gdzieś krążą wokół rzeczy, o których oni wcześniej mówili, wokół jakichś takich marynarskich lęków o syrenach chociażby albo o zemście Posejdona tutaj nie wiem na ile mogę mówić jak to łączy się z tkanką fabularną filmu, bo powiedziałeś, żebym nie mówił 

Przejdziemy sobie właśnie do tego myślę, bo warto o tym porozmawiać otwarcie, a nie tak w taki zawoalowany sposób 

OK, sygnalizuje tylko, że to nie jest realistyczne kino psychologiczne, ale to też nie jest jakiś właśnie antropologiczny obrazek epoki wciąż te elementy fantastyczne tutaj mają miejsce tylko może już właśnie nie baśniowe, tak? Bo ta baśniowość wcześniej dla Eggersa była jakoś tam istotna, on też adaptacje Edgara Allana Poego popełnił, ja nie widziałem tego filmu, ale z tego, co Eggers mówi w wywiadach to jakby cały czas ta kwestia…

Tu mówimy o krótkich metrażach swoją drogą i o jego jeszcze ewentualnie działalności teatralnej, bo taką też ma za sobą to nie jest tak, że Michał powołuje się na jakieś filmy, o których… 

Tak, oczywiście. Nie, jeśli chodzi o filmy pełnometrażowe to wciąż mamy dwa: „Czarownicę” i „Lighthouse” natomiast chciałem tylko zwrócić uwagę na to, że gdzieś ten baśniowy wymiar grozy wcześniej Eggers’a mocno absorbował, a tutaj wydaje mi się, że mamy do czynienia jeszcze z czymś innym, ale to może sobie jakoś bliżej przeanalizujemy jeszcze za moment to.

Tak, to a propos tego budowania atmosfery, klimatu i tak dalej już rzeczywiście kończąc ten nasz fragment niespoilerowy, choć pewnie jeszcze w jego ramach można porozmawiać o wielu kwestiach, o aktorstwie, udźwiękowieniu i tak dalej, ale chciałbym jeszcze wspomnieć o jednym elemencie, o którym bardzo dużo się mówiło w kontekście tego filmu to znaczy o tym, że on jest z ducha z ducha lovecraftowski i Lovecraft to jest takie nazwisko, które powraca w wielu omówieniach tego filmu, na forach miłośników Lovecraftaten film się pojawia, jako właśnie jakaś taka być może następca legendarnego filmu „W buzi szaleństwa”, czyli produkcji, która no niby nie jest adaptacją, ale oddaje tego ducha Lovecrafta no ja się z tym nie zgadzam, od razu mówię, że w porównaniu do twórczości Lovecrafta jednak Eggers, a w każdym razie „Latarnia” jest filmem zdecydowanie zbyt subtelnym i to, co Lovecraftna pewno by nam w końcowych akapitach z całą mocą swojego kosmicznego pełnego przerażającej grozy języka wyłożył no to Eggers na szczęście się od tego powstrzymuje, więc to, że od czasu do czasu mamy jakieś macki na ekranie, to niekoniecznie znaczy, że film jest lovecraftowski po prostu nie jest to powiedzmy ani wada ani zaleta tego filmu, ale powiedzmy, że jest to termin, który na tyle często się pojawia, że no chciałbym powiedzieć, co o tym myślę no. Tyle. 

Też uważam, że to jest pewne nadużycie mówienie o tym, że tutaj jakieś konkretne wątki z Lovecrafta na podstawie tak naprawdę no chyba jednej macki, tak 

Bardzo mało jest tych macek, jest ogon i to nie tylko ogon nawet 

No dokładnie, przypominam, że akcja filmu dzieje się w latarni morskiej, no tam mogą być jakieś żyjątka z mackami 

Jak najbardziej

Akurat nie w tym miejscu, w którym się pojawiają w tym filmie, być może, ale wciąż to gdzieś jest w obrębie cały czas tych wyobrażeń i lęków głównych bohaterów, a niekoniecznie musi być to pierwotne zło z głębi. 

Tak, to, ponieważ wielu z was pewnie wyłączy ci z was, którzy w każdym razie nie widzieli „Lighthouse” wyłączy zaraz po michałowym spoiler alercie ten podcast, to tylko powiem, że pewnie warto jeszcze poszukać innych filmów o latarni morskiej. Dowiedziałem się, że istnieje taki film, który nazywa się po prostu „Latarnicy” po angielsku „Lighthouse Keepers”, choć film jest francuski, jest to film, który wyreżyserował Jean Gremillon z 1929 roku, jest to film niemy, czarno – biały opowiadający o ojcu i synu w latarni morskiej. Syn zostaje pogryziony przez psa ze wścieklizną i zaczyna powolutku popadać w różne halucynacje, więc jeżeli to brzmi znajomo, to serdecznie zachęcam. I dowiedziałem się przy okazji researchu, że w 2016 powstał walijski film pod tytułem „The Lighthouse” właśnie i jest to film opowiadający o sztormie, który nawiedził dawno, dawno temu pewną latarnię morską i rzeczywiście wystawił mieszkających tam latarników na bardzo radykalną izolację i potrzebę życia samym ze sobą i walki z demonicznym, potężnym żywiołem no i jeżeli w ogóle interesuje was jakaś taka mitologia latarni morskich no to warto pewnie opowiedzieć o tajemnicy wysp Flannan w Szkocji, która z kolei skupia się, nie wiem czy zostało to w jakiś oficjalny sposób zaadaptowane. Jest to tak zwany, no, nie chciałbym powiedzieć „fakt autentyczny”, bo jest to jednak owinięte szeregiem różnych legend i dziwacznych pomysłów, ale rzeczywiście chyba w 1900 roku mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której latarnicy z pewnej do tej pory dobrze funkcjonującej latarni morskiej po prostu zniknęli, wyparowali, nie wiadomo, co się z nimi stało i o ile wiem ta tajemnica nie została rozwiązana do dzisiaj, więc latarnie morskie super rzecz. Zachęcam każdego, naprawdę. 

No to ja niestety nie zrobiłem takiego researchu po latarniach morskich, natomiast pamiętam latarnię morską z Muminków, jako jednak taką przestrzeń, która jakoś tam grozę osamotnienia budziła, więc chyba skojarzenie jest dość proste kulturowe, że to nie jest fajne miejsce, latarnia morska. To fajnie wygląda na pocztówkach tylko. 

Tak zwłaszcza, kiedy przyłapiesz starszego latarnika na bezeceństwach robionych z latarnią morską, tak jak w filmie Eggersa. Dobra, to przejdźmy w takim razie do spoilerów. Michał czy namówię cię na dżingiel, czy ciągle niestety gardło cię…

Spoiler alert 

To było wystarczające żeby wiele osób wyciągnęło słuchawki z uszu, więc bardzo dobrze. Wspomniałeś na początku naszej rozmowy, że jest tam wiele takich wątków, tematów, które chciałbyś spróbować sobie ustawić jeszcze raz. To pewnie spolier part tego podcastu jest dobrą przestrzenią do tego. 

Pewnie dobrą przestrzenią jest, natomiast problemem jest to, o czym mówiłem wcześniej, że ten film wciąż widziałem jeden raz, gdzieś w warunkach festiwalowych i…

A to nie będzie spoilerów. No to wracajcie!

Nie wiem, czy będę w stanie to jakoś sensownie poukładać, to będzie raczej chyba przestrzeń do tego żeby rzucić pewne tropy i może na pewne rzeczy odpowiem sobie przy drugim seansie, a może słuchacze odpowiedzą na pewne rzeczy. To znaczy trochę mnie irytowała kwestia balansu pomiędzy tym, co rzeczywiście jest, tym domem złym, tak jak wspomniałeś czy tam latarnią złą, a pokazywaniem w tym filmie tej sfery właśnie fantastycznej, wyobrażeń latarników. Mianowicie Eggers czasami w obrębie jednej sceny gdzieś pomiędzy dwoma porządkami się obraca i ja miałem poczucie no jakiejś takiej właśnie totalnej konfuzji. Być może na tym mu zależało tak żebym czuł się trochę jak ten właśnie pijany latarnik, tak, któremu coś tam się wizualizuje, za chwilę rozpacza, a po chwili jest wściekły. To znaczy zwykle najpierw jest wściekły, a potem rozpacza tak, bo to jest jakaś taka kolejność, tak tego jak picie przebiega i skutki jego. Natomiast no nie bardzo mogę sobie właśnie poukładać ten film pod kątem no jakiejś takiej spójnej opowieści o relacjach pomiędzy tymi dwoma bohaterami, bo OK to jest taka relacja oparta o konieczność bycia razem w związku, z czym no wiadomo, że nasz bohater Pattinson’a w końcu powiem jak on się nazywał może mi się uda…

On miał tyle imion, na pewno pierwsze to Ephraim. <dźwięk telefonu> O, dzwoni do ciebie!

Właśnie mam tysiąc rozpraszaczy, czuje się trochę jak na seansie teraz właśnie filmu „Lighthouse”, bo z jednej strony słyszałem gdzieś w tle u ciebie, że jakaś karetka przejeżdżała na sygnale, prawda? A z drugiej strony zadzwonił mój telefon i nie wiem czy sam zaczynam popadać w szaleństwo, czy…

Następnym razem nagramy podcast w latarni morskiej tam nikt nie będzie nam przeszkadzał

No właśnie czy to jest jakaś interwencja sił nieczystych, które chcą mnie powstrzymać od ogarnięcia rozumem tego, co w tym filmie, i to by było takie lovecraftowskie, prawda? Że ten film nie da się pojąc umysłem 

To można o większości filmów powiedzieć

Bo można zwariować, więc może tędy droga 

Być może po prostu słabi reżyserzy powinni się zajmować kręceniem filmów lovecraftowskich, bo wtedy zawsze by mogli stwierdzić, że no oni są jak ten szalony Arab, autor Nekronomikonu, prawda? I tyle po prostu, tak miało być.

No teraz nie wiem czy jestem w stanie jeszcze raz wyłożyć, co miałem na myśli. Natomiast ten film na kilku porządkach funkcjonuje, to znaczy można go czytać gdzieś trochę w kluczu psychoanalitycznym gdzie Thomas Wake, czyli postać Dafoe byłaby takim właśnie srogim ojcem dla bohatera Pattinsona, dla Ephraima. Z drugiej strony no i tam mamy kilka tropów, które by na to jakoś tam mocno wskazywały to znaczy właśnie ten surowy ojciec zakazujący swojemu młodemu adeptowi dostępu do tego światła to jest jakby ten wątek kluczowy, że tak naprawdę Winslow no nie może osiągnąć spełnienia, no, bo gdzieś tam jest blisko tej latarni prawda no, więc Freud by napisał, że nie może tak naprawdę przeżyć orgazmu, bo nie może dotrzeć do tego światła, które gdzieś tam jest na górze, więc…

Chociaż z syreną mu się udaje, więc…

No spędza czas na tym, wydaje się, że to są jakieś takie mimo wszystko wyobrażeniowe kwestie tego obcowania z syreną, które tam następuje. Spędza czas na kompulsywnej masturbacji, na cały czas jakimś pragnieniu dotarcia do tego światła na wieży, więc OK tu mamy jakiś jeden taki wątek psychoanalityczny, który można by było od razu przekuć na ten wątek mitologiczny, no zresztą psychoanalitycy się często do tych archetypów odwoływali. Mamy tu z kolei sceny, które wskazują na nawiązanie do mitu prometejskiego, prawda? 

No z końcówką, tak, przypomnijmy: pod koniec Ephraim wreszcie zdobywa dostęp do tego upragnionego światła i po bardzo efektownej scenie ze świetnym dźwiękiem spada ze schodów, prawda? I po chwili jego ciało, chociaż on chyba jeszcze tam nawet żyje, chyba jeszcze dycha, ale zaczyna być rozdziabywane przez mewy, więc to nawiązanie do Prometeusza, któremu ten okrutny orzeł wyżerał wątrobę bodajże, jest rzeczywiście takim, moim w każdym razie pierwszym skojarzeniem. 

Mamy tu przynajmniej dwa takie kadry, takie statyczne kadry, które są na zasadzie takiego tableau powiedzmy zrobione, no ten, który przytoczyłeś na sam koniec rzeczywiście gdzie tam rozdziobują Wilsona nie kruki, wrony, ale różne morskie ptaszyska i on rzeczywiście jest upozowany też w taki sposób jak charakterystyczne dla takiego malarstwa neoklasycznego prawda. Na taką postać mitologiczną no a drugi kadr, który zapamiętałem to ten, który portretuje postać Thomasa, jako właśnie takiego rozgniewanego Posejdona, który grzmi gniewiem już i tutaj zamierza ukarać za ten zuchwały prometejski czyn Wilsona, więc to są takie dwa jakieś bardzo jednoznaczne tropy, które gdzieś tam wiążą ten wątek psychoanalityczny z tym wątkiem mitologicznym. Ja miałem taki niedosyt, że tego właśnie wątku mitologicznego jest mniej niż tak naprawdę scen pijaństwa, z tych scen takich właśnie bardziej realistycznych, które w pewnym momencie już mnie trochę nużyły swoją powtarzalnością 

-ja też już tak trochę się czułem

Tym takim właśnie pijackim bełkotem tak obu panów no i takim właśnie ich rozedrganym zachowaniem, w którym no w jednej scenie potrafi się wyściskać potem dać sobie po mordzie, potem znowu się wyściskać, albo padać sobie do stóp i prosić o wybaczenie. Nie wiem, być może to jest kwestia mojego podejścia do histerycznie zachowujących się bohaterów to znaczy, gdy takich widzę, mam jakieś takie ciarki nie powiem cringe’u, ale takie właśnie na zasadzie: o nie, ja nie chcę z tymi ludźmi przebywać tutaj w tym pomieszczeniu

W ciemnym pomieszczeniu przez dwie godziny, prawda to jest…

Co znowu, jeśli myślę po czasie o tym filmie może było czymś zamierzonym i może właśnie w taki stan Eggers planował mnie wpędzić, ja w taki sposób powinienem na ten film reagować, ale u mnie to jest często na zasadzie takiej: ok., dobra nie chce już być z tym bohaterem, więc nie chce już być z tym filmem.

Tak, no ja to całkowicie rozumiem, zresztą podzielam też ten problem. Zresztą w ogóle, jeśli chodzi o pewien balans to mam wrażenie, że ten film nie zawsze sobie radził tam. No bardzo dużą rolę w „Latarni” odgrywa humor, który bardzo często zupełnie dosłownie jest humorem fekalnym i musze przyznać, że w większości przypadków to zdecydowanie działa tak jak wspomniałeś w tej naszej poprzedniej części rozmowy no faktycznie czuć ten smród latarni, po prostu no jest tam wyjątkowo nieprzyjemnie i tak ma być, ma być nieprzyjemnie. Ale pamiętam jak bardzo mi się nie spodobała scena, w której Willem Dafoe dostarcza takiego bardzo efektownego marynarskiego monologu to jeszcze jest chyba przed tą sceną, jak zmienia się właśnie w jakieś morskie stworzenie, jakie to może być morskie stworzenie to o tym za chwilę, ale jest to naprawdę fantastyczna scena i fantastyczny popis, a zostaje to podcięte takim żartem rodem z filmu Marvela, który bardzo lubi podcinać patos danych scen i tam postać grana przez Pattinsona czyli ten Ephraim konkluduje to długie przemówienie Defoe stwierdzeniem typu: „a spoko”, albo jakikolwiek odpowiednik XVIII-wieczny „a spoko” jest i pamiętam, że to był ten moment, kiedy już ten humor zaczął mnie bardziej irytować niż rzeczywiście budując całą atmosferę tej złowrogiej latarni morskiej. Jeżeli chodzi o interpretację tego filmu to ja pewnie rzeczywiście posiłkując się tymi wszystkimi mitologicznymi archetypami, również szedłbym w stronę poszukiwania jakiegoś oświecenia i potrzeby odkupienia jednocześnie, bo pamiętajmy, że w pewnym momencie dowiadujemy się, że Ephraim rzeczywiście ma na sumieniu coś, co on określa mianem wypadku, ale nie ma żadnych wątpliwości abyśmy my, jako widzowie czytali to jako morderstwo po prostu, którego dokonał jeszcze podczas tej ścinki w Kanadzie. No i rzeczywiście usiłuje być może teraz w tej latarni jakieś odkupienie tożsame w tym przypadku zupełnie dosłownie z oświeceniem odnaleźć no w rezultacie, ponieważ morduje Thomasa Wake’a no to zostaje przez latarnię pokarany i kończy w rezultacie tak jak ten Prometeusz, który co prawda nie dla siebie ale również szukał tego zbawienia i kończy rzeczywiście w taki analogiczny nawet pod kątem czystego upozowania sposób, no i w tym przypadku być może jakbyśmy się grzebali w postaci Thomas’a Wake to może warto by było iść nie tyle w Posejdona, co w jego synka bodajże, o ile dobrze pamiętam z Paradowskiego, w Proteusza, którego głównym zadaniem jest właśnie stanie na straży tajemnic i jak wiadomo trzeba go było dopaść, złapać, trzymać za nogę, czy za płetwę i według mitologii on w końcu da nam upragnioną odpowiedź. Tutaj nasz bohater grany przez Pattinsona idzie nawet o krok za daleko i w rezultacie ta jak możemy się domyślać oczywiście ta odpowiedź nie jest w żaden sposób satysfakcjonująca swoją drogą wydaje mi się, że proteusz miał rezydować gdzieś w pobliżu wyspy Faros, co nas bardzo prosto prowadzi do wyspy Farö i z powrotem do Bergmana, BACH!

No to już daleko zabrnąłeś 

Dwa zdania za dużo w interpretacjach. Ale Proteusz z tego, co pamiętam charakteryzował się zmiennokształtnością, podobnie jak Thomas Wake 

Tak, więc to rzeczywiście mógłby być też dobry trop no, jeśli chodzi o to odkupienie to rzeczywiście byłaby opowieść o nieudanym odkupieniu wracając do tych wątków psychoanalitycznych no to byłaby opowieść o niemożności powstrzymania pewnych instynktów, pewnych bardzo pierwotnych instynktów i tu nie chodzi tylko o te pragnienia seksualne, chociaż często te popędy są tym podszyte w psychoanalizie, ale też jakby pewnych aspiracji społecznych wydaje się Wilsona, prawda, bo on tam opowiada o tych swoich marzeniach, że chciałby się dorobić, gdzieś tam osiąść, działać już na własną rękę, nie być podporządkowanym nikomu no i tutaj Wake robiąc mu taką ostrą szkołę życia wydaje się, że stara się go jakoś wyprowadzić z tych pragnień, które w tym takim zwłaszcza klasistowskim świecie u schyłku XIX wieku no mogłyby już właśnie gdzieś tam rozbudzone przez wizje różnych filozofów, przez różne pisma wzywające do tego żeby te szklane sufity burzyć. Natomiast dla Wilsona te wszystkie pragnienia, nad którymi on zapanować nie potrafi prowadzą go po pierwsze do szaleństwa po drugie do morderstwa i w końcu do śmierci, więc taka smutna konstatacja nad losami tego człowieka, który jakoś tam zmienić swoje życie chciał. 

Tak, ciekawy jest wydaje mi się w ogóle ten proteuszowy wątek Thomasa Wake jeszcze jak się nad tym teraz zastanawiam i przywołuje z pamięci poszczególne sceny z tego filmu to on wydaje mi się, jawi nam się jako koniec końców taka postać wręcz bezkształtna ponieważ on wymyśla różne historie na swój temat, mówi jedno, a w swoich notatkach zapisuje co innego i tak dalej więc tak jak możemy uwierzyć w to, że ta historia Pattinsona, którą on na początku ukrywa no faktycznie się jednak wydarzyła, no to w przypadku historii Thomasa Wake’a chyba niemal jak Jokera, którego Dafoe powinien zagrać w końcu, co w rezultacie nie możemy tutaj powiedzieć nic, co byłoby tak zwanym faktem autentycznym prawda na jego temat, więc to też wydaje mi się niezwykle interesującym tematem relacji tych dwóch postaci, jakiegoś, za przeproszeniem, konstytuowania samego siebie i tak dalej, więc no ciekawe to jest, co tu dużo mówić 

Pytanie na ile mitologiczna jest mewa ta jednooka, która się tam nam pojawia kilkukrotnie, czy ona byłaby jakimś odzwierciedleniem cyklopa na przykład twoim zdaniem, czy to się jakoś nam łączy w tę taką opowieść spójną? Ja cyklopa łącze rzecz jasna z Odyseuszem tak i z Odyseją nie wiem, czy w micie prometejskim rzeczywiście ci cyklopi pełnili jakąś funkcję, chociaż z tego, co pamiętam, cyklop był synem Posejdona?

Tak i to Posejdonowi się właśnie skarżył, że oko wydłubał mu niejaki Nikt. Wiesz wydaje mi się, że na pewno ta mewa jest wyraźnym odniesieniem w ramach samej diegezy filmu, bo jeżeli traktujemy to, co się wydarza w „Lighthouse” jako no pewne wydarzenia nadnaturalne, no to możemy być przekonani, że w mewę wcielił się poprzedni latarnik, którego najprawdopodobniej Thomas Wake zabił i którego głowa zostaje znaleziona przez Ephraima i okazuje się, że ma jedno oko tak jak ten nieszczęsna mewa, która zostaje roztrzaskana. Mam nadzieję, że to już nie były tresowane mewy swoją droga, jak powiedziałeś, że to były tresowane, a nie komputerowe mewy ,to przypomniałem sobie scenę masakrowania mewy i no nie wiem, czemu mój mózg reaguje na to śmiechem, chyba nerwowy śmiech po prostu

No Eggers w wywiadach mówił, że bardzo lubił te mewy przynajmniej trzy były takie tresowane, więc nie sądzę żeby tak je użyto do tego 

Mam nadzieję, że wziął je do domu, mam nadzieję, że on te wszystkie swoje zwierzątka, te zające czy to króliki nie pamiętam, nigdy tego nie rozróżniam, kozy, mewy, że on to wszystko potem trzyma w domu na jakiejś farmie i tam się nimi opiekuje, bo jednak robią mu kawał filmu no po prostu. 

Całość w wersji mówionej posłuchaj tu:

Spotify: https://spoti.fi/2IC2nXE

MIlion innych opcji odsłuchu: http://bit.ly/2KXg3Nt

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s