ŚD 63 Irlandczyk i polecanki z Ameryki

Jakich filmów z American Film Festival powinniście szukać? Co mają wspólnego Terrence Malick i fundusze emerytalne? Czy „Irlandczyk” się udał i dlaczego zupełnie nie? Zapraszamy!

Spotify!

SoundCloud / MP3 / iTunes / YouTube

Przeczytaj transkrypcję rozmowy o „Irlandczyku”. Przewiń na dół lub pobierz plik PDF, MOBI albo EPUB: klik

01:30: Buñuel kontra żółwie, czyli Etiuda&Anima 2019


08:20: Najpiękniejsze odkrycia od cioci z Ameryki


46:30: De Niro i Pacino w scenie łóżkowej, czyli „Irlandczyk” bez spoilerów

Uwaga: beszt na UIP nagrany został przed ogłoszeniem informacji o dystrybucji „Lighthouse”, ale nie usunęliśmy go, bo pozostałe kwestie są jak najbardziej aktualne.

Instagram: @halohalobolku
Intro pochodzi stąd: www.freesound.org/people/jobro/sounds/173181/

ŚD #63: Irlandczyk i polecanki z Ameryki: TRANSKRYPCJA

Całości w wersji mówionej posłuchaj tu:

Spotify: https://spoti.fi/2IC2nXE

MIlion innych opcji odsłuchu: https://sciezkadzwiekowa.wordpress.com/2019/11/16/sd-63-irlandczyk-i-polecanki-z-ameryki/

B: „Irlandczyk”, tak? Rozumiem, że już do tego przechodzimy?

M: Tak, absolutnie. Film pokazywany na otwarciu festiwalu American Film Festival. Film, który był zapowiadany jako wielkie dzieło Martina Scorsese. Był bardzo oczekiwany, fantastyczna obsada, duży budżet. No i co z tego wszystkiego wyniknęło? Spełnił te oczekiwania?

No, spełnił oczekiwania chyba większości ludzi, którzy go oglądali i większości ludzi, z którymi rozmawiałem. Nie spełnił oczekiwań moich na pewno. „Irlandczyk” jest dla mnie filmem gruntownie rozczarowującym i jestem zawiedziony, że inaczej nie spędziłem tych 200 minut, ponieważ tyle ten film trwa – 3 godziny oraz 20 minut. Wydaje mi się, że bardzo wyraźnie widać, co Scorsese chciałby w tym filmie zrobić, ale ponosi przy tym niestety absolutną porażkę. Nie zmienia to faktu, że film ma minimum jeden bardzo jasny punkt, ale do tego pewnie przejdziemy sobie przy okazji. A twoje oczekiwania „Irlandczyk” spełnił?

Wiesz, że nie. Dla mnie jest to no bardzo przeciętny film, mimo tych właśnie wszystkich zabiegów, nakładów castingowo-budżetowych, to jednak nie jest to Scorsese w najwyżej formie chociaż wraca do tematu, który wydaje się stworzony dla Martina Scorsese, twórcy takich filmów jak „Chłopcy z ferajny” czy „Kasyna”. No, wydawało się, że to będzie jakieś takie może domknięcie tej gangsterskiej nieformalnej trylogii przez Martina Scorsesego. 

Jeszcze ewentualnie może „Ulice nędzy”?

No, ale to jednak taki film rozbiegowy gdzieś na starcie kariery.

Aczkolwiek wspaniały! Zresztą dwóch aktorów powraca w tym filmie, prawda? Bo i Harvey Keitel, i Robert De Niro.

Jasne. No, tutaj widać, że wszyscy ci aktorzy się postarzeli dosyć mocno. W roli głównej Robert De Niro, w roli Franka Sheerana(chyba w żaden sposób niespokrewnionego z Edem Sheeranem) …

Ale postaci autentycznej. 

Tak, który, podobnie jak Ed Sheeran, w pewnych kręgach doszedł wysoko. 

A w każdym razie tak twierdzi. 

No właśnie. To jakiś pierwszy zarzut narracyjny. To jest niby taka opowieść o drodze na szczyt, ale no, opowieść chyba dosyć dziurawa, niekonsekwentna i też mało interesująca w porównaniu chociażby z opowieścią o drodze na szczyt i upadku w „Chłopcach z ferajny” czy tez nawet do tego, co w „Kasynie” oglądaliśmy. 

Ten film zresztą pewnie celowo jest nieinteresujący, – tak jak mówię: wydaje mi się, że bardzo łatwo jest rozkodować Scorsesego, co nie zmienia faktu, że jeżeli nudzisz się na filmie, to już ta „nieinteresującość” poszła w inną stronę. Może kilka słów o tym, skąd „Irlandczyk” w ogóle się wziął, ponieważ ten film ma swój pierwowzór literacki. Rzecz zupełnie dziwaczną, naprawdę. Rzecz, która nosi tytuł: „I heard you paint houses”, czyli: „słyszałem, że malujesz domy”. Jest to określenie oczywiście, które pada na samym początku „Irlandczyka” i, co ciekawe, te słowa: „słyszałem, że malujesz domy” są również wyświetlane na ekranie w przeciwieństwie do słowa „Irlandczyk”, tak że…

Tak, takimi wielkimi literami dostajemy w trzech planszach bodajże…

Tak. Bum, bum, bum. 

Niemalże jakby to był jakiś nowofalowy film czy łamiący reguły opowiadania i na początku się spodziewałem, że może tutaj Scorsese jakoś pod prąd nawet postara się pójść, ale chyba nie.

Nie. No i wróćmy jeszcze do tego pierwowzoru literackiego – jest to rzecz bardzo ciekawa, ponieważ napisał to niejaki Charles Brandt. Charles Brandt jest prawnikiem, który na początku XXI wieku przeprowadził właśnie długie rozmowy z Frankiem Sheeranem, który wtedy, tak jak w filmie, był już w domu starców. No i Frank Sheeran, jak wszystkim się wokół wydawało był tak naprawdę tylko i wyłącznie niezbyt znaczącym członkiem związku zawodowego „Teamsters” oczywiście, o którym będziemy jeszcze dużo opowiadać oraz jeszcze mniej znaczącym członkiem mafii. No i w momencie, kiedy otworzył się przez Charlsem Brandtem, to zaczął mu opowiadać, że to on we własnej osobie – Frank Sheeran – jest autorem kilku najgłośniejszych zabójstw, z tych niewyjaśnionych zabójstw w historii USA. No i jest to rzeczywiście dość mocno wątpliwe, zarówno policja, jak i nieoficjalnie mafia raczej odżegnywali się od tego, co opowiadał Sheeran, który według oficjalnych twierdzeń był tylko i wyłącznie niewiele znaczącym pionkiem, który gdzieś tam pod koniec życia postanowił podnieść swoją wartość i na podstawie tego Scorsese postanawia nakręcić film. Ja nie mam ogólnie rzecz biorąc żadnego problemu z tym, że z takiego wątpliwego źródła bierze się informacje, ponieważ film to jest oczywiście osobna zamknięta, mamy nadzieję, koherentna historia, która nie musi mieć nic wspólnego ze swoim pierwowzorem. Ja z dziką radością oglądałbym taką właśnie tajną historię mafii, tajną historię związków zawodowych. Problem polega na tym, że „Irlandczyk” niestety naprawdę wygląda jak zwierzenia człowieka, który na bieżąco te zwierzenia wymyśla. Jest to oczywiście film bardzo mocno zsubiektywizowany – już od pierwszej sceny wiemy, że to Frank Sheeran sam, tak jak w książce, opowiada nam tę historię, więc absolutnie nie musimy mu wierzyć, niemniej jest to historia opowiedziana właśnie, mam wrażenie, w taki mocno zaimprowizowany sposób, wymyślana niemal na miejscu i przez to też zupełnie niefascynująca. Pogadajmy może chwilkę o tej otwierającej scenie „Irlandczyka”, Michał. Zwłaszcza, że no ty mi zwróciłeś uwagę (oczywiście, sam powinienem na to wpaść), że jest to bezpośrednie nawiązanie do tego słynnego tak zwanego „Copa Shot”, czyli jednego ujęcia, w którym Martin Scorsese pokazuje klub Copacabana w „Chłopcach z ferajny”, do którego wchodzi Ray Liotta i widzi, jak wspaniale wygląda życie w mafii. 

No tak, tylko że w przypadku „Chłopców z ferajny” ta długa, sunąca kamera, tzn. najpierw schodząca po schodach, bo tam przez zaplecze, jeżeli pamiętamy „Chłopców z ferajny” w zasadzie kuchennymi drzwiami, dostaje się ze swoją partnerką bohater „Chłopców z ferajny”. Tam ona miała pokazywać i trochę tak właśnie symbolicznie, jak to często u Scorsesego, że to jest jednak jakieś moralne zejście, że jest jakaś właśnie piwnica moralna, ale przez którą on trafia do tego wspaniałego świata jednak, wypełnionego ludźmi, kolorami, dobrymi alkoholami, pięknymi kobietami itd., więc no, teoretycznie taka kraina szczęścia. Tutaj, mielibyśmy w „Irlandczyku” niejako odwrotność tamtego ujęcia w sensie takim, że suniemy przez zupełnie puste pomieszczenia, korytarze domu starców i trafiamy do właśnie starego już trochę takiego zdemenciałego bohatera, którego samotność ma pokazać to ujęcie, tylko że Scorsese stosuje to samo ujęcie, które właśnie w tym pierwszym filmie znaczyło coś zupełnie innego i tutaj wydaje mi się, że nawet jeżeli ja sobie tak trochę po seansie dorobiłem, że to jest takie granie z „Chłopcami z ferajny” na zasadzie mocnego przeciwieństwa, mocnej opozycji do tamtego ujęcia, to jednak pierwsze wrażenie jest takie, że to jest takie efekciarstwo jednak, że to jest jednak powtórka z rozrywki, że Scorsese sprzedaje nam siebie raz jeszcze:
o, patrzcie, ja zrobiłem tamten film i tutaj znowu robię o gangsterach, i znowu z tymi samymi ludźmi i będę cytował samego siebie, no bo robiłem takie wielkie filmy kiedyś”, więc czułem jakieś też takie puszenie się w tych gestach takich bardzo samoświadomych. 

Tak. No, ja bym nawet na upartego Scorsesemu wybaczył to puszenie. Dla mnie raczej właśnie problemem jest to, że on rzeczywiście bardzo wyraźnie nawiązuje do tych swoich klasyków i rzeczywiście przez cały film wyraźnie widać, że usilnie stara się, no, być może rzeczywiście domknąć, powiedzmy umownie, tę trylogię i pokazać, jak on dzisiaj patrzy na ten mit mafii. Człowiek, który nawet w tych swoich prawie debiutanckich „Ulicach nędzy” obsadził się tam gdzieś tam jako gangster. Człowiek, który zawsze był tym głęboko zafascynowany, zawsze był zafascynowany właśnie tym gangsterem jako bohaterem tragicznym…

No, mówił, że miał dwie drogi wychowując się w biednej nowojorskiej dzielnicy. Mógł zostać księdzem albo gangsterem. 

No, w tym filmie łączy, zwłaszcza w ostatnich scenach, te dwie drogi, jak mi się wydaje. To jest też jakiś element filmu, który mógłby być efektowny. 

No, poprzedni film zrobił o księżach. 

Tak, trzy lata temu mieliśmy „Ciszę” z tym samym operatorem – Rodrigo Prieto…

„Milczenie”. 

Milczenie”, przepraszam. No tak, „Silence” w oryginale. 

Bardzo łatwo rozkodować, że to jest film, w którym będziemy opowiadać o odchodzeniu pewnej mafijnej mitologii. To jest film, w którym mamy tak naprawdę wiele tych samych elementów, które były w poprzednich filmach Scorsesego, tzn. wbrew niektórych opiniom ten film jest niezwykle krwawy, ale no, sceny zabójstw nie są nakręcone nawet w połowie tak efektownie, jak chociażby „Kasyno”, które przecież jest jedną wielką orgią krwi i zabójstw nakręconych w bardzo efektowny sposób. Nawet główne zabójstwo tego filmu jest nakręcone w sposób, który sprawia że ono wygląda po prostu żenująco, więc ja bardzo dobrze to rozumiem. Problem polega na tym, że nasz główny bohater Frank Sheeran jest postacią, która nie mówi sobą absolutnie nic, tzn. to jest facet, który przypomina robota i to (ale o tym później pogadamy) dosłownie przypomina robota, a na pewno jakiś komputerowy twór, który nagle przez ostatnie 20 minut filmu jednak zaczyna żałować tego, co zrobił. Nie mamy żadnej drogi do tego, jak mnie się w każdym razie zdaje. Ja zupełnie nie odczułem tragicznego wymiaru tej postaci, raczej jest to człowiek, który w jednej scenie prowadzi ciężarówkę, w drugiej scenie kradnie tusze wołowe, w trzeciej jest już zatwardziałym mordercą, a w czwartej nagle wszystkiego żałuje, więc to jest chyba dla mnie największy problem tego filmu, że ta historia z fantastycznym tragicznym potencjałem, no, nie jest opowiedziana w taki sposób, które rzeczywiście dałby widzom, a na pewno mnie wymiar tej tragedii, która rzeczywiście zaczyna się w jednym miejscu, w innym ma punkt kulminacyjny, by w końcu doprowadzić nas do tych smutnych scen w domu starców pod sam koniec. Frank Sheeran jest dla mnie najbardziej nieinteresującą postacią, jaką widziałem w kinie w tym roku i to jest dla mnie główny zarzut wobec tego filmu. 

Zgoda, i w pewnym momencie on tak naprawdę znika z pierwszego filmu, tak jakby nawet sam Scorsese się w tym jakoś zorientował i Jimmy Hoffa przejmuje stery, bo tutaj Al Pacino może się wyszaleć w tej roli, no, rzeczywistej postaci bardzo znaczącej w historii USA. Zresztą powstał film biograficzny o nim z Jackiem Nicholsonem w roli głównej. 

Danny DeVito go reżyserował? A David Mamet napisał do niego scenariusz.

Tak, pamiętam, że oglądałem dawno temu ten film i niespecjalnie mi się podobał, ale no czas może na powtórkę w kontekście „Irlandczyka”. No, ale tutaj pełna zgoda, że ten bohater jest bardzo problematyczny i problematyczne jest wplatanie w to wątków typowych dla Scorsesego, czyli tego wątku odkupienia winy, ekspiracji, żalu za popełnione zbrodnie. No, to jest dla mnie doszyte po prostu, do tej całej opowieści. Ten podstarzały De Niro, przepraszam – Sheeran. Miałem nie posługiwać się nazwiskami aktorów w mówieniu o postaciach..

Tak, właśnie. To mój zwyczaj. 

..podstarzały Sheeran, który właśnie spowiada się księdzu. Nie wiem, nie widzę w tym jakiejś takiej spójnej opowieści, podobnie jak Ty. W pewnym momencie zaczyna się film o Jimmym Hoffie, zaczyna się tak po godzinie? Nie wiem, nie chciałem przeszkadzać widzom, bo oglądając w domu mam taki denerwujący zwyczaj…

Patrzysz na zegarek? Też tak robię. Sprawdzam, w którym momencie co się zaczyna. W „Na noże” na przykład też tak robiłem. 

Tak, ale nie dlatego, że czekam na koniec. To jest trochę takie zboczenie zawodowe chyba właśnie człowieka zajmującego się filmem i też trochę fascynującego się narracją filmową, że jeżeli widzę: o, tutaj zaczyna się jakaś sekwencja – jeżeli jest to wyraźnie zaznaczone, że mamy jakiś zwrot akcji albo jakąś zmianę miejsca, to ja wtedy często zerkam i sprawdzam, w którym momencie to z nami robi ten film i ten twórca filmowy. 

Tak, tak. Ja też to bardzo lubię robić. W „Na noże” np. zwróciłem uwagę, że pewna istotna rzecz dzieje się po mniej więcej dokładnie 50 minutach filmu, ale to już ah… nie wracajmy na razie do tego. 

Czyli zerkałeś w kinie na zegarek?

Tak, ja też mam taki zwyczaj patrzenia na zegarek, kiedy coś się dzieje. 

Mam nadzieję, że taki nie podświetlany, bo tego nie polecamy. 

Mam fosforyzujące wskazówki. Przepraszam, wyrwałem Cię z twojego flow…

W zasadzie podpisywałem się pod twoją opinią. Chciałem tylko zaznaczyć, że…

A to tym bardziej nie przerywam!

…(śmiech) w pewnym punkcie no właśnie mamy innego bohatera, a też mamy różne postacie, które mogłyby być ciekawe w kontekście tego filmu. To też nie jest tak, że ja mam problem z tym, że no, protagonista nawet tytułowy gdzieś się usuwa w cień i nagle jest jakimś takim zwierciadłem dla innych postaci, innych osób występujących w filmie, bo gdyby to było konsekwentnie zrobione, to ja bym to przyjął, ale na początku rzeczywiście mamy tą historię Sheerana i to niestety młodego Sheerana i tutaj dochodzimy do tego właśnie problemu, który już na samym początku chyba nas obu w jakiś sposób trochę zraził do tego filmu, a przynajmniej wrzucił do tej strasznej doliny niesamowitości, o której często się pisze w kontekście cyfrowych postaci. Tutaj mamy cyfrowe odmłodzenie postaci granych przez Roberta De Niro i Joe Pesciego i wygląda to koszmarnie, prawda?

Tak, wygląda to ohydnie. W pewnym momencie Robert De Niro krzyczy: „Don’t look at me” do innej postaci na ekranie i ja starałem się do tego zastosować. Niedawno skończyłem dodatek do gry „Uncharted 4” – „The Lost Legacy” czyli „Zaginione dziedzictwo” i pierwsze spotkanie Roberta De Niro i Joe Pesciego nad maską samochodu, pierwsze spotkanie ich młodszych wersji wygląda jak scenka z tej gry dokładnie. Wygląda to dramatycznie źle. Nie zgadzam się absolutnie z ludźmi, którzy mówią, że można się do tego przyzwyczaić. De Niro ma jakąś dziwnie rozmytą maskę na twarzy, a w dodatku Scorsese nie nauczył się (no, może dlatego, że nie ogląda filmów Marvela) na filmie „Kapitan Marvel”, że można odmłodzić twarz, ale nie można już odmłodzić ciała i w sytuacji, w której Robert De Niro usiłuje wykonywać różne manewry, jak np. wyciąganie pewnego sklepikarza przez szybę w scenie, swoją drogą znakomicie zainscenizowanej, to wygląda to dość żenująco, ponieważ widać, że jest to siedemdziesięciopięciolatek, który bawi się w czterdziestolatka i po prostu nie umie nawet trafić w swoją ofiarę leżącą na chodniku. Ogląda się to po prostu smutno. Czytałem różne takie usprawiedliwienia ludzi, którym „Irlandczyk” po prostu podobał się bardzo, że tak naprawdę gdzieś tam to pomieszanie starego i nowego, to takie dziwne uczucie, które budzi się w nas, kiedy patrzymy na takie dziwaczne hybrydy ludzi w różnym wieku jakoś tak ładnie wpisuje się w tę historię „Irlandczyka”, która jest historią o przemijaniu itd., no, ale ja mówię: nie. Ja mówię, że mnie było po prostu niemal niedobrze jak na to patrzyłem. Jeszcze jak Al Pacino z tymi swoimi przeszczepionymi włosami się pojawił, to wyglądało to naprawdę, naprawdę źle. 

No tak, fryzura Pacino jest zła, ale to nie jest największa wada tego filmu. Rzeczywiście, ta konstrukcja narracyjna, gdzie najpierw mamy De Niro, mimo jego wieku, jeszcze postarzonego, a potem mamy właśnie tę dziwną cyfrową kukłę. Nie wiem, jak to technicznie jest do końca zrobione, ale… nawet nie wydaje mi się, że to jest jakieś poprawianie rzeczywistej twarzy aktora w tym momencie, tylko zrobienie od zera jakiejś takiej właśnie maski cyfrowej, która została nałożona na tego aktora. Tylko często bywa tak, że w przypadku tego odmładzania no właśnie nakłada się to na ciało kogoś, kto jest w takim wieku, jak ta odmłodzona postać i wówczas no, rzeczywiście nie trzeba ukrywać pewnych rzeczy. Tutaj mamy taką scenę na kręgielni na przykład, nie wiem, czy pamiętasz?

(śmiech) No, oczywiście – creepy wujek. 

No, tak, to jedna sprawa, co tam się dzieje z postaciami żeńskimi – o tym sobie może też wspomnimy za moment, ale druga sprawa jest taka, że ta cała scena na kręgielni praktycznie, z wyjątkiem dialogów, jest zrobiona w bardzo bliskich planach z jednego bardzo podstawowego powodu. No, ci ludzie nie są w stanie dotoczyć tej kuli do kręgli w tak dynamiczny sposób, żeby pokazać to, jak oni tymi kulami do kręgli ciskają gdzieś tam, więc drugiego Lebowskiego nie można było zrobić mając ludzi po siedemdziesiątce albo w wieku wręcz lat osiemdziesięciu. De Niro jest równolatkiem Scorsesego – ma 76 lat, Pacino ma 79, Harvey Keitel ma lat 80. Joe Pesci nie wiem, zaraz sprawdzę dokładnie… 76. No, fajnie, że to tacy, zdaniem Martiego, wciąż dziarscy chłopcy w jednym wieku (życzę im jak najlepiej, niech nam żyją 100 lat plus, jak Kirk Douglas i spółka), natomiast no, jednak tworząc film, trzeba brać poprawki na to, że jak bardzo reżyser by nie kochał tych swoich aktorów, powinien zauważyć, nawet swoim starczym okiem, a przynajmniej ktoś na planie powinien mu podszepnąć, że pewne rzeczy nie grają, bo z pewnym rzeczami fizycznie po prostu aktorzy nie są w stanie sobie poradzić. No i możemy tutaj zrobić to staromodnie oczywiście, wziąć innego aktora, jak w „Ojcu Chrzestnym 2” chociażby…

No, właśnie chciałem powiedzieć, że Robert De Niro swoją najwybitniejszą kreację stworzył, grając młodszą wersję postaci granej przez innego aktora tak że… czemu nie wierzy w takie rozwiązania jako współproducent tego filmu? No, szkoda, wielka szkoda. 

No, otóż to. Jeżeli to odmładzanie okazuje się, że nie za bardzo wyszło, może za mało pieniędzy ta firma dostała, może to była za słaba firma, która odmładza postać. Różne odmładzane postacie już widzieliśmy na ekranie i czasami to wygląda trochę lepiej, czasami trochę gorzej. Gdzieś od przynajmniej Jeffa Bridgesa w „Tronie” zaczęło się coś takiego chyba, tak? Jeżeli dobrze pamiętam… na wielką skalę. 

Tak, wydaje mi się to pierwsza taka…bezpośrednia…

Jeszcze ta technika nie jest na tyle doskonała, podobnie jak cyfrowe zwierzątka, które wciąż są jeszcze jakimś tam problemem, przynajmniej dla mnie…

W „Mrocznych materiach” ci się nie podobają cyfrowe zwierzątka?

No…między innymi tam. 

Ja uważam, że są całkiem znośnie, dopóki się nie odezwą. 

Okej, ale właśnie no wracam do tego, że tutaj zabrakło jakiegoś wyczucia reżyserskiego, naprawdę, na wielu polach, i w postaci robienia tych konkretnych scen, konkretnych zabiegów, jak to zrobić, jak zrobić konkretną scenę i w kontekście całej struktury, struktury całości. Dopchał ten film Scorsese swoimi ulubionymi aktorami i przy całym tym metrażu rozdętym niemożebnie do 3 godzin 30 minut taki Harvey Keitel nie ma co grać w tym filmie. 

No tak, on się tam pojawia tylko w tle. Absolutnie zgadzam się z tymi wszystkimi zarzutami dotyczącymi cyfrowego odmładzania, a jednocześnie podkreślam, że myślę, że to absolutnie nie jest nasz główny problem z tym filmem, nawet jeżeli to zostałoby wykonane w sposób perfekcyjny, to nie uratowałoby to tej takiej bardzo dziwacznej konstrukcji, jaką charakteryzuje się „Irlandczyk”. 

Jasne, ale wiesz, otwarcie filmu często jakby też ustawia cię…

No tak, jeżeli zrzuca cię z fotela w złym sensie, to niedobrze to prognozuje.

Trudno mi jakoś wyjść z siebie i ocenić to, czy gdyby nie było tych scen, to ja bym lepiej oceniał to, co się dzieje dalej w filmie, natomiast jeżeli na początek dostaję coś, co jest moim zdaniem taką właśnie niespecjalnie potrzebną kopią, jeśli chodzi o to ujęcie otwierające właśnie „Chłopców z ferajny” – dostaję tam postarzonego De Niro, a za chwilę dostaję jakiegoś takiego zupełnie odmłodzonego, to nagle gdzieś przeskakuję pomiędzy jakimiś takimi różnymi rejestrami, w których patrzę głównie na to, jak charakteryzacja wyglądała w poprzedniej scenie i jak wygląda tutaj, jak wygląda cyfrowa charakteryzacja, jak wygląda charakteryzacja jeszcze taka tradycyjna, bo zakładam, że w tej scenie postarzania to raczej nie komputerowo tylko….

Nie, nie, tam im starsi bohaterowie, tym bardziej tradycyjne techniki były stosowane. Tak, no oczywiście, jest to ogromny problem. 

Można to było poukładać chronologicznie nawet trochę inaczej, tak, żeby dać pewne sceny na początek, nawet jeżeli widzimy, że coś tam nie do końca się spina, żeby dać te sceny z De Niro, którego nie potrzebujmy charakteryzować, tak? Tam w takich scenach, w których gra postać trochę młodszą od siebie, ale taką niezupełnie młodą, więc spokojnie przy tej całej takiej luźnej strukturze narracyjnej jakiegoś płynięcia w retrospekcjach i reminiscencjach postaci Sheerana, można było to zrobić trochę inaczej, no a dostaliśmy na początku właśnie te takie straszne sekwencje, też bardzo moim zdaniem nieciekawie wprowadzające postacie i sam temat, bo to jest dosyć banalne. Przy tym, że te postacie wyglądają jak z gry komputerowej, no to trochę to jest taki start niespecjalnie finezyjnie napisanej gry komputerowej, gdzie zwykle startujesz od zera z jakąś postacią i potem te kolejne levele pokonujesz i tak tutaj właśnie postać Sheerana jest jakimś tam kierowcą ciężarówki, dostarcza gangsterom mięsko, ileś tam punktów doświadczenia nabił, poznał bossa więc tutaj charyzma wzrosła, cały czas powinny jeszcze te punkciki nam lecieć. 

Tak, porównania do scen z GTA tego filmu to są jak najbardziej, również przez tematykę, jak najbardziej trafne porównania. Ja nie wiedziałem w ogóle, o czym opowiada „Irlandczyk” przed seansem na AFF (celowo unikałem różnych zwiastunów) i nie miałem też pojęcia, że ten film będzie opowiadał o Jimmym Hoffie. Kiedy po ponad godzinie filmu zorientowałem się, że Jimmy Hoffa się tutaj nagle właśnie znikąd pojawia, to najpierw mnie zszokowało to, że będzie go grał właśnie Al Pacino, który nijak do tej roli nie pasuje, choć z perspektywy tych kilkunastu dni, które minęły od seansu muszę stwierdzić, ze jego rola nie była aż tak zła, jak mi się wydawało jeszcze kiedy siedziałem w kinie. Tzn. wydaje mi się, że pewna bufonada, która jest bardzo charakterystyczna dla Ala Pacino, tutaj w jakiś sposób grała. Inna sprawa, czy on rzeczywiście powinien mieć tak bardzo dużą, tak bardzo rozbudowaną rolę w tym filmie. Wydaje mi się, że jakbym miał bronić tego filmu na upartego, aczkolwiek absolutnie nie planuję tego robić, to pewnie próbowałbym go sprzedać jako taką krwawą najnowszą historię USA, no bo ten film bardzo wyraźnie usiłuje wpisać historię Franka, który rzeczywiście za pomocą kolejnych morderstw pnie się po tej drabinie mafijnej, aczkolwiek ta drabina mafijna jest tam tak dziwacznie zarysowana, że trudno rozpoznać poszczególne szczeble. Drabina to jest za prosta metafora do tego, co się tam dzieje. 

No właśnie. Nie wiadomo, dlaczego Frank Sheeran w pewnym momencie trafia jako przyboczny Jimmiego Hoffy, tzn. czy to dla niego jest awans, czy degradacja…

Bo dobrze wygląda w piżamie? 

Tak, zaczynają spać na łóżkach obok siebie. 

Swoją drogą to jest mój ulubiony wątek tego filmu, tzn. wszyscy czekaliśmy na to kolejne spotkanie dwóch bohaterów granych przez Pacino i De Niro. Dopiero trzeci film (pamiętając o „Zawodowcach”, w którym coś takiego się wydarzyło) i tym razem Martin Scorsese za kamerą, może być pięknie, a tymczasem…, ale to mnie akurat bawi w pozytywny sposób, sprowadza się to przez dużą część filmu do tego, że leżą w piżamach na sąsiednich łóżkach (śmiech) i tylko czekałem aż zaczną czesać sobie przeszczepione włosy. 

Zawsze Scorsese może sobie wpisać do CV, że jednak nakręcił scenę łóżkową z De Niro i Pacino. Żaden do tej pory reżyser nie może się tym pochwalić. 

Tak, rzeczywiście!

Do tej pory tylko gadali. 

A teraz przeszli do rzeczy. To napięcie było czuć od dawna, zwłaszcza, że wiadomo czego strzelanie do siebie z takiej długiej lufy jest metaforą, tak że bardzo się cieszę, że wreszcie do tego doszło. Wracając do tej krwawej historii Ameryki, to myślę, że to byłby taki wątek, który mógłby mi się na upartego spodobać, że rzeczywiście ta historia osobista, abstrahując od tego, jak ona jest mętna, wpisana jest w tę historię, którą widzimy gdzieś tam w wiadomościach telewizyjnych, czy w nagłówkach gazet, gdzie okazuje się, że kolejne ważne epizody w historii USA to są morderstwa, zabójstwa, zamachy itd. No i w ten sposób mamy taki najnowszy obraz tej najnowszej historii USA, które pisana jest po prostu przez prymitywnych, agresywnych mężczyzn. No i to oczywiście mogłoby być interesujące, gdyby ten film było udany, no ale w rezultacie rozpływa się to w reszcie tej takiej zupełnie chaotycznej struktury. Dużo czasu mi zeszło na szukaniu czegoś pozytywnego, jeżeli chodzi o filmową opowieść, no i znalazłem to, ale tylko na upartego. Gdyby mi Netflix zapłacił, to bym więcej o tym powiedział. 

Tak. Jeśli chcecie poszukać historii Ameryki w gangsterskim sosie unurzanej, to wciąż „Ojca chrzestnego” polecamy. 

No tak, ale to jest też ciekawe właśnie, jak porównamy sobie „Ojca chrzestnego” i „Ulice nędzy”, gdzie „Ojciec chrzestny” jest tą taką bombastyczną opowieścią o Ameryce, w którą wierzy jeden z bohaterów, opowieścią o tym losie imigranta itd., a później, chwilę później, bo to jest przestrzeń kilku miesięcy, jest premiera „Ulic nędzy” Scorsese i to jest właśnie taka osobista, taka krwawa, taka malutka, w gruncie rzeczy kameralna opowieść, która pokazuje, jak to bezpośrednio rezonuje, jak to (może rezonuje to nie jest dobre słowo) bezpośrednio oddziałuje na tych dwóch, skrajnie od siebie różnych bohaterów, no i ja bardzo lubię czytać „Ulice nędzy” tak w kontraście do „Ojca chrzestnego”, a „Irlandczyk” to… co, mam go czytać w kontraście do „Chłopców z ferajny”? No okej, teraz jest smutno, nieefektownie i wszyscy skończymy w domu starców albo wcześniej zostaniemy zabici, bo przypomnijmy jeszcze o tym jednym zabiegu (słyszę, że chcesz już coś powiedzieć), kiedy bohaterowie drugoplanowi są podpisani….są informacje, które mówią nam, w jaki sposób zginęli. No i to też fajnie wpisuje się w w ideę krwawej historii Ameryki, ale nie będę tego za bardzo bronił, bo nie jest to coś, co ratuje ten film.

No tak, to nam wpina jakieś właśnie takie kalendarium do tego filmu jeszcze z jakiejś innej opowieści, bo widzieliśmy film „Zdrajca”, tak?

No właśnie, właśnie…

„Zdrajca” Marca Bellocchio to jest film, który widzieliśmy na festiwalu Nowe Horyzonty jeszcze, który opowiada o włoskiej mafii i tam rzeczywiście to się… to jest reprezentowane w postaci takiej kroniki kryminalnej, mamy mnóstwo postaci podpisywanych na ekranie wręcz, gdzieś w jednej z pierwszych scen pojawia się tych postaci na tyle wiele, że nawet gdyby zaczęły się przedstawiać, to byłoby trochę jak na festiwalu, w klubie festiwalowym pierwszego dnia, że i tak nie zapamiętasz tych dziesięciu nazwisk ludzi, którzy się przedstawili. 

Ale dobrze, że noszą plakietki!

No, a tutaj może niedługo wkroczymy w… Google bardzo forsował, żeby tak to wyglądało, żebyś chodził po mieście w ich okularach i widział te podpisy, kto to jest. Nie wiem, czy Google dorzuci taką apkę, która będzie mówiła, kiedy ta osoba umrze i w jaki sposób. Taka właśnie apka „Irlandczyk” do tego by było. No, ale póki taki podpisów w życiu codziennym nie mamy. W „Zdrajcy” jest to przeładowane takimi faktograficznymi rzeczami, choć mimo wszystko, jak sobie teraz myślę o „Zdrajcy” i „Irlandczyku”, to wydaje mi się, że bardziej doceniam film Bellocchia…

Ja również.

…a w kontekście „Irlandczyka” to chciałem postawić taką śmiałą tezę, której być może nie obronię, bo nie myślałem o niej przed nagraniem i jakoś mocno i nie analizowałem filmografii Scorsesego, ale czy nie jest tak, że po prostu im większy film w sensie jego epickości, rozbuchania, szerokości, tym Scorsese sobie bardziej nie radzi? Że w momencie, gdy on się porywał na jakieś właśnie „Gangi Nowego Jorku”, „Aviatora”, opowieści, które mają być jednocześnie takimi opowieściami historycznymi rozciągniętymi na lata zmian w Ameryce, napełnione opowieści postaciami rzeczywistymi, no to on po prostu narracyjnie nie daje rady w tym wszystkim, że najlepsze jego filmy no to jednak właśnie były te filmy, w których albo na początku schodził do tych dołów mafijnych i miał tych pojedynczych bohaterów, którzy gdzieś tam kręcili się wokół swojej dzielnicy, no albo takiego taksówkarza, który był no naznaczony jakimś takim solipsyzmem wręcz głównego bohatera, w zasadzie wokół jego spojrzenia na świat wszystko się rozgrywało. We „Wściekłym byku” też był dość blisko postaci głównej, no a ostatnio jakby porywa się na takie wielkie opowieści, których może nie umie opowiadać do końca. Może właśnie chce opowiedzieć zbyt wiele w tych filmach. „Milczenie” to był dla mnie też taki film zbyt rozbuchany, zbyt rozrośnięty, też w jakiś sposób taki zgniły owoc myślenia przez lata o tym swoim opus magnum, że chcemy ten film zrealizować i w konsekwencji film przeładowany także monologami z offu, bo trzeba było upchnąć wszystko to, o czym sobie Martin Scorsese pomyślał. Nie wiem, czy masz jakieś podobne odczucia w kontekście całej filmografii Scorsesego, jednak bardzo bogatej, ale i dobrze przez nas znanej. 

Tak, no tych filmów rzeczywiście jest ponad 40 chyba. Rzeczywiście, ja nigdy się nad tym nie zastanawiałem, też nie zastanawiałem się czemu tak naprawdę nie podobają mi się takie filmy, jak chociażby „Gangi Nowego Jorku” czy „Aviator”. Być może rzeczywiście coś w tym jest, bo jak pomyślimy o tych jego najwybitniejszych filmach, czy o „Chłopcach z ferajny” czy o „Kasynie”, zostając przy tej tematyce mafijnej, no to tak, to są historie, nie chciałbym powiedzieć kameralne, ale w porównaniu do „Irlandczyka” na pewno kameralne. W momencie, kiedy on stara się, jak to lubią mówić krytycy filmowi, odmalować fresk społeczny, historyczny itd., to rzeczywiście okazuje się, że troszkę za krótkie rączki do tego i wydaje mi się, że rzeczywiście „Irlandczyk” mógłby cierpieć właśnie dokładnie z podobnych powodów. No, ja też oczywiście nie myślałem nad tą tezą przed nagraniem, więc jeżeli nasi słuchacze mają jakieś przemyślenia, to niech natychmiast się z nami tym dzielą, ale jest to… Coś w tym jest. Tak Ci powiem (śmiech).

Możemy się pokłócić o Scorsesego już w komentarzach np. do naszego nagrania, ewentualnie zrobimy sobie kiedyś jakąś dogrywkę tylko o Scorsese, prawda? Bo większość, jeśli nie wszystkie jego filmy widzieliśmy. No, ja nie widziałem paru dokumentów muzycznych tylko w zasadzie z filmografii Scorsese, więc chętnie sobie o nim jakoś szerzej porozmawiam, robiąc też pewne powtórki oczywiście z jego kina, no, ale na razie rzucam clickbaitową tezę: Scorsese nigdy nie będzie Coppolą – o tak. 

No tak, tu pytanie też, czy Coppola poszedł najlepszą drogą. Do niego zresztą zaraz przejdziemy, ja tylko obiecałem na początku naszej rozmowy o „Irlandczyku”, że znajdę jeden jasny punkt tego filmu i jest to dla mnie Joe Pesci, który nawet jeżeli wygląda po prostu dramatycznie w tych scenach, w których jest odrobinę odmłodzony, to i tak nie wygląda tak źle, jak pozostali bohaterowie, ponieważ on w założeniu jest starszy od Franka Sheerana, więc gdzieś tam na upartego można się do niego po prostu przyzwyczaić. Nie jest to po prostu taka dziwaczna masa jak De Niro. No i do tego dochodzi to, że Joe Pesci chyba przez całe życie miał taką samą sylwetkę, no teraz jest trochę szczuplejszy może, więc jakoś te różnice między twarzą a ciałem nie rzucały się w oczy, ale zupełnie nie biorąc pod uwagę tych manipulacji komputerowych, to według mnie jest to wspaniała rola, bardzo się cieszę, że Pesci dla tych trzech godzin powrócił z emerytury, na której jest chyba już od mniej więcej 20 lat i jest dla mnie absolutną ozdobą tego filmu, i to nie tylko dlatego, że gra w kontrze do swego emploi, no bo wiadomo, z czym kojarzymy Joe Pesciego <naśladuje Joe Pesciego w mistrzowski sposób>

Wezmę telefon, długopis, wszystko, co mam pod ręką i Cię zakłuję zaraz…. To znaczy tak Joe Pesci robił, nie żebym ja do Ciebie…

Zacząłem się wycofywać powoli sprzed mikrofonu, bo to nie wiadomo, co z ekranu tutaj, z kamerki internetowej (mam niezasłoniętą!) wyskoczy. W każdym razie nie tylko dlatego, że gra w kontrze do swego emploi, czyli gra takiego spokojnego, cichego mędrca, który wszystko rzeczywiście załatwi, ale zrobi to po cichu, dyskretnie i subtelnie. Jest po prostu znakomity w tej roli i chciałbym, żeby go jakieś wyróżnienie za to spotkało. Sam „Irlandczyk” będzie pewnie odgrywał istotną rolę na Oskarach, Netflix nie odpuści. 

Taka postać dobrego wujka, przynajmniej kogoś, kto chciałby być dobrym wujkiem, ale jest creepy wujkiem. Brakuje mi tylko tylko tutaj tej energii mimo wszystko, to jest dosyć smutne, że… ale tez bardzo widoczne, to jest wina Scorsesego, że bierze tych samych aktorów do podobnego tematu i jeżeli to byłaby właśnie jakaś taka opowieść o starości zderzonej z młodością. Teraz sobie pomyślałem, że może tak można byłoby ten film w jakiś sposób zrobić lepiej, żeby to było coś w rodzaju „Creeda” na przykład z Sylvestrem Stallonem. 

Żeby to po prostu był „Creed”. Lepiej obejrzeć dwa razy „Creeda” niż raz „Irlandczyka”.

No okej, ale chodzi mi o to, że dostajemy tam bohatera, który jest jednak przedstawicielem tego młodego pokolenia, a jednocześnie w nostalgiczny sposób jest ogrywana starość bohatera pierwowzoru i to wszystko się spina na jakiś taki dialog międzypokoleniowy, to wszystko gra na zasadzie takiej, że no nie każemy staremu Stallonowi się pojedynkować z kimś równie starym albo nie odmładzamy go cyfrowo…

Chociaż… był taki film, w którym odmłodzony cyfrowo Stallone był się z odmłodzonym cyfrowo De Niro, chociaż oni chyba nie bili się odmłodzeni cyfrowo, ale…

No, jest ostatni „Rambo”…

Nie, jak się nazywa ten film z De Niro i Stallonem, w którym De Niro gra wściekłego byka, oczywiście niedokładnie nawiązuje do tej postaci, a Stallone gra postać nawiązującą do Rocky’ego i tam oni też są odmłodzeni komputerowo w takiej scenie pierwszego pojedynku. „Grudge Match” to się nazywa.

No dobrze, ale ja szukam dobrych wzorców, a nie złych wzorców. Złych wzorców dla „Irlandczyka” nie potrzebujmy. No dobrze, w każdym razie film jest zamkniętą całością, Scorsese zrobił to, jak zrobił. My nic z tym już nie zrobimy. Możemy sobie ponarzekać tylko trochę, ja jeszcze do tych narzekań dorzuciłbym tylko to, co tu się dzieje z kobiecymi bohaterkami, a właściwie jak bardzo ich nie ma. Nawet w kontekście tego, że okej, one były gdzieś na drugim planie w tych opowieściach gangsterskich wcześniejszych Scorsesego, to jednocześnie… czy to Lorraine Bracco w roli żony Henrego Hilla w „Chłopcach z ferajny”, czy Sharon Stone, jako femme fatale taka właśnie w „Kasynie” no to były jednak postacie…

Znakomite. Tak, jeżeli ktoś powie, że Scorsese nigdy nie pisał dobrych postaci żeńskich itd., no to nie ma racji. Scorsese wspaniale przedstawiał te postaci żeńskie, nawet jeżeli historie ich nie dotyczyły to okazywało się, jak wielką rolę tam odgrywają. 

No, a „Irlandczyku” bohater ma żonę i cztery córki i okazuje się, że tak naprawdę nie rozmawia z żadną z tych córkę. Tzn. mamy jakąś jedną scenę dialogową pomiędzy nimi, a Anna Paquin, skądinąd znana aktorka dostaje chyba jedną linijkę dialogową, zaczynającą się od „why….”

No tak, swoją drogą żałuję, że Anna Paquin nie została odmłodzona do wieku jedenastolatki, skoro tak wierzy w możliwości technologiczne swoich komputerowców Martin Scorsese. Ja nie ma z tym tak dużego problemu. Tzn. nie wydaje mi się, żeby linijki dialogu rzeczywiście świadczyły o wadze postaci, bo jakiś tam… chociaż od razu powiem, że to się nie udało w tym filmie, ale powiem, jak ja to sobie wyobrażam, że mogłoby być pięknie i być może Scorsese też tak uważał…

No ja wiem, że bohaterka miała być niemym sumieniem bohatera De Niro. Tzn. ta jego córka. 

No tak, tylko że nie jest to w żaden sposób przekonująco poprowadzone, ona rzeczywiście… To nie jest nawet problem z tym, że ona się nie odzywa, bo jak najbardziej pasuje mi taka wizja niemego sumienia, jeżeli to jest dobrze prowadzone, to to potrafi być dużo bardziej przejmujące, niż osoba, która powie ci w ostatniej scenie filmu: jestem twoim sumieniem i byłeś okropnym człowiekiem, pozdro. 

Pamiętam, że Dustin Hoffman taką rolę pełnił w tej opowieści o Joannie d’Arc Luca Bessona.

No, to tutaj zdecydowanie taka milcząca rola mogłaby dużo zrobić. Problem polega na tym, że ona przede wszystkim jest wydestylowana z tych pozostałych córek, mamy przecież scenę, dokładnie taką, którą teraz właśnie w taki parodystyczny sposób opisałem, a przecież jest tam taka scena, tylko że jest to inna córka po prostu, która bierze się znikąd i znika nie wiadomo gdzie. Jest tam dokładnie scena pod tytułem: jestem twoim sumieniem, jesteś okropnym człowiekiem. Tylko że to inna postać wypowiada te słowa, a nie ta główna córka, powiedzmy – Peggy. Frank Sheeran jest trochę jak Donald Trump i udaje, że nie ma ulubionej córki, ale wszyscy wiemy, że ma (śmiech)… więc jest to dość taki nieprzyjemny zabieg z perspektywy widza, która stara się zrozumieć, co się dzieje na ekranie. Jest to ogólnie rzecz biorąc bardzo banalne i nieprzekonujące. Sama wizja tego, to, co się działo w głowie reżysera mnie jak najbardziej przekonuje, ale od wizji do realizacji jeszcze daleka droga. No i „Irlandczyk” bardzo to pokazuje, tak jak mówię: wydaje mi się, że rozumiem, o co miało tu chodzić, o tę elegię, o to celowe odatrakcyjnienie życia mafijnego, o pokazanie tego przemijania, o pokazanie tej ostatecznej, trochę rozpaczliwej walki o odkupienie, ale nie zmienia to faktu, że w filmie niemal tego nie ma, po prostu, więc „Irlandczyk” jest dla mnie w rezultacie porażką. Warto jeszcze wspomnieć o Rodrigo Prieto. Wspominaliśmy sobie o jednym wybitnym meksykańskim operatorze czyli Emmanuelu Lubezkim. Prieto kręci teraz chyba swój trzeci film ze Scorsesem, po „Milczeniu” i po „Wilku z Wall Street” i bardzo się stara, żeby zrobić rzeczywiście fenomenalną robotę, zwłaszcza te takie nudne banalne sceny, przecież w gruncie rzeczy bardzo efektownych morderstw są nakręcone naprawdę znakomicie, więc też warto poczytać różne wywiady z Prieto, który opowiada, jak trudno było nakręcić te różne przestrzenie czasowe, jak dzwonili, kontaktowali się z ludźmi z Kodaka, żeby dokładnie odtworzyć jakąś tam emulsję itd. więc to rzeczywiście wszystko bardzo ładnie wygląda. Polecam ten film jako pokaz slajdów z epoki. 

(Śmiech). Okej, dobrze. Ja tutaj mocniejszej puenty nie jestem w stanie do tego dokleić. Mimo wszystko trzeba obejrzeć, no tak? Wydarzenie jest. Wielkie wydarzenie, wielkie nadzieje. Nasze oczekiwania niespełnione, no ale może Wasze zostaną, bo film polaryzuje.

My jesteśmy całkowicie odosobnieni. 

No, nie przesadzajmy.

Z cztery osoby powiedzmy spotkałem po seansie, którym ten film rzeczywiście otwarcie się nie podobał. 

Nasz przyjaciel anonimowy grzybiarz równie podobnie ocenił ten film. 

Tak jak mówię, jest rzeczywiście kilka osób, niemniej jesteśmy bardzo ciekawi Waszej opinii, drodzy czytelnicy i przy okazji, jeżeli już o czytelnikach, a tak naprawdę o słuchaczach mowa, bardzo się cieszymy, że mogliśmy się z kilkorgiem z Was spotkać w czasie festiwalu (AFF), zawsze to nas dziwi to, jak zostajemy rozpoznawani z medium, które zakłada (na szczęście dla wszystkich) niepokazywanie twarzy, niemniej było to bardzo miłe. 

Zacząłeś tam jakieś fotki wstawiać…

Może specjalnie. Może przed każdym festiwalem będzie: tak teraz wyglądamy. 

Albo po głosie jesteśmy rozpoznawani.

Tak, jak krzyczymy do siebie przez cały korytarz: Michał, co myślisz o „Irlandczyku”? No i się zaczyna, prawda. Dlatego zawsze trzeba mieć ze sobą włączony mikrofon. Dziękujemy Wam bardzo za wysłuchanie tego odcinka. Piszcie koniecznie w komentarzach, co myślicie o filmach, o których tutaj sobie wspomnieliśmy. Pamiętajcie też, bardzo proszę, żeby zostawić po sobie jakiś ślad w postaci recenzji na iTunes albo na Facebooku i przede wszystkim powiedzcie o tym podcaście jednej losowej osobie na ulicy. Dziękujemy bardzo i papa, do usłyszenia.

Adios, tortugas. 

Całości w wersji mówionej posłuchaj tu:

Spotify: https://spoti.fi/2IC2nXE

MIlion innych opcji odsłuchu: https://sciezkadzwiekowa.wordpress.com/2019/11/16/sd-63-irlandczyk-i-polecanki-z-ameryki/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s